Home

W końcu po ponad tygodniowej nieobecności wróciłam do domu. A to, co zastałam, przeszło moje wszelkie wyobrażenia o tym, co mogę zastać po moich psiakach, które dziś od samego rana były same w domu… Skutki tego wszystkiego były takie, że pół dnia prałam: koce, pościele, poduszki, a nawet dużego misia, którego dostałam kiedyś tam od J. Na początku miałam wrażenie, że dosłownie tajfun przeszedł przez całe poddasze… W przedpokoju, na samym środku leżał miś, który w tej chwili ma intensywną kąpiel w pralce wraz z podwójnym wirowaniem; w pokoju nie było nic lepiej… prześcieradło porwane, poduszka rozszarpana, a pościel i koce, całe w sierści. Najdziwniejsze, jest to, że nie wiem co tym psom strzeliło do głowy, tym bardziej, że wcześniej nigdy nie miałam problemu z tym, aby coś mi zniszczyły, czy też wchodziły na łóżko. Najważniejsze, że sytuacja opanowana.

A ja? Co tu dużo mówić? Urządziłam sobie domowe SPA. Peelingi, maski, maseczki, i inne cuda poprawiające humor. Swoją drogą kilka miesięcy temu, w Biedronce dorwałam masła z Bielendy (bodajże po 8.99zł), i złapałam dwa: jedno z bawełną, a drugie z awokado. Wczoraj wykończyłam ten z bawełną, a dziś otworzyłam ten drugi – tymczasowo jestem zadowolona, tym bardziej za taką cenę, bowiem w drogeriach widziałam ten sam produkt w granicach 14 – 15 zł.

Tymczasem znikam! Dopiję jeszcze na spokojnie zieloną herbatę, poczytam chwilę książkę, i idę spać. Jutro intensywny dzień.

Pozdrawiam!