Na wariackich papierach

Końcówka maja i początek czerwca to zwariowany okres: wiele spraw do załatwienia, wiele rzeczy do zrobienia, i kilka prac do napisania. Jednakże w między czasie był długi weekend majowy… Tfu… majowo – czerwcowy, który spędziłam z moim bratankiem. Michaś ma osiem miesięcy i jest taki słodki, i wiecznie uśmiechnięty, że każda chwila spędzona z Nim to sama przyjemność.

Przede mną, w najbliższy weekend czeka mnie wesele u siostry mojego J., trochę się stresuję, bo poznam Jego rodzinę (tę część, której nie znam), więc wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Nie wiem zarówno, co zrobię z włosami oraz jak się pomaluję. Myślałam o czym tradycyjnym… Ciemna kreska, jasny cień… I pomadka ciemniejsza, ale oczywiście na kilka dni przed weselem nagle okazuje się, że eyeliner, który miał być rzekomo wodoodporny, po około dwóch godzinach zaczyna się strasznie kruszyć. No ale nic… Będzie trzeba coś wymyślić innego. A z włosami? To co? Upiąć do góry z przodu, i tył zostawić rozpuszczony? Czy może prostować? Nie wiem…

Swoją drogą to… robiłam ostatnio rozeznanie odnośnie sal weselnych; i się załamałam. Albo ceny wysokie i praktycznie nic ciekawego… Albo ceny w sam raz, a noclegi takie, że po prostu za głowę można się złapać… Tak wiem… Jeszcze się nie zaręczyliśmy :-) Ale jeżeli, po cichu planujemy ślub na przyszły rok, to trzeba się dowiedzieć co nie co.

Ale nic… Tymczasem znikam, bo muszę się spakować…
Jutro wyjazd…

Pracowita sobota

Dzisiaj słońce prażyło przez cały dzień, dopiero w godzinach wieczornych chmury pociemniały i była burza. Popadało może przez 15 minut – i koniec. Przez cały dzień podczas koszenia trawy ratowałam się prostym napojem na bazie zielonej herbaty, który idealnie orzeźwia. Swoją drogą to doszłam do wniosku, że nie chcę już mieć dużego trawnika przy swoim przyszłym domku, bo chyba mnie szlag trafi z tym koszeniem. Chociaż… gdyby nie było tych wszystkich kwiatków, krzewów i drzewek, to z koszeniem nie byłoby tak źle. Nie byłoby takiej zabawy. Już nie mówiąc o tym, gdyby znalazł się dodatkowo jakiś łaskawca do noszenia kosza z trawą i odpalania kosiarki spalinowej, to … ewentualnie :). Jedno jest pewne: dzisiejszy dzień mnie wykończył.

Chcielibyście wypróbować mojej mikstury orzeźwiającej?
Oto potrzebne składniki…

• zielona herbata,
• limonka,
• sok z aronii,
• kilka kostek lodu,
• woda mineralna.

Oczywiście najpierw należy zaparzyć herbatę. Do wysokiej szklanki nalewamy do połowy ostudzoną herbatę, a resztę dopełniamy wodą mineralną. Następnie dodajemy trochę soku z aronii (3 łyżeczki), dwa/trzy plasterki limonki i kilka kostek lodu.

A Wy czym gasicie pragnienie w tak ciepłe dni?

W telegraficznym skrócie

Dawno mnie tutaj nie było… Pochłonięta byłam (i jestem nadal) swoją codziennością, na karku wiszą mi badania do pracy magisterskiej, do tego sprawy uczelniane i zdrowotne. W ubiegłym tygodniu, wybrałam się do ginekologa – i po prostu ręce opadają, bo on „nie czuje się na siłach, aby mnie dalej leczyć”. I praktycznie za takie info zapłaciłam prawie 200 złotych. Dziś byłam u swojego endokrynologa (jedno szczęście, że istnieją jeszcze lekarze z powołania). Oczywiście cała lista badań do wykonania, i w perspektywie kolejne leczenie hormonalne, ale tym razem w jakieś klinice. Choć do tego leczenia hormonalnego, to też z dystansem podchodzę, gdyż po ostatniej takiej terapii to mam na plusie 8 kg, i pozbyć się tego nie mogę.

W między czasie poczyniłam udane zakupy: nowy tusz to rzęs marki Lumene – mam nadzieję, że się sprawdzi i będzie mi dobrze służył. Zaś w drodze powrotnej weszłam tak jedną nogą do pobliskiego SH, i znalazłam cudny sweterek,nota bene nowy i z oryginalną metką o ciekawym wzorze.

Co prawda raczej na wiosnę się nie nadaje, ale na jesień będzie jak znalazł; poza tym co tu dużo mówić/pisać, za 3 złote grzech było nie wziąć.

Udanego tygodnia!

P.s. Trzymajcie kciuki, w tym tygodniu ma się rozwiązać bardzo ważna sprawa…

Spontanicznie

Odwiedziłam dzisiaj swoją dawną przyjaciółkę z okresu liceum, która urodziła córeczkę półtora miesiąca temu. I choćbym chciała normalnie na to wszystko reagować, to jeszcze nie potrafię. …, bo tak mnie jakoś ściska w gardle, gdy patrzę na takie kruszynki, i ponownie zdaję sobie sprawę z tego, że mi nie będzie dane urodzić takiego maluszka.

I tak się „potłukłam” dzisiaj wewnętrznie, i jest mi dziś cholernie źle. Z tego wszystkiego na poprawę humoru zamówiłam dziś kolejną książkę Wiśniewskiego, który ma na zbawienny wpływ. Ale nic… jak się „potłukło”, to trzeba się posklejać na „super glue”.

Miłego wieczoru.

Święta, święta, i po świętach!

Pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych spędziłam w rodzinnym domu, przyjechał brat z rodziną – i spokojnie mogłam sobie pogadać z bratową, i nacieszyć się chrześniakiem. Swoją drogą, to tak sobie myślę, że na lepszą bratową nie mogłam trafić.

A teraz? Jestem u mojego J. Byliśmy dzisiaj w kinie na Syberiadzie Polskiej. I choć tyle szumu było wokół tego filmu, tyle poleceń – to mam jakiś niedosyt. Polecacie jakieś filmy?

Srututu :-)

Ostatnio mało mnie tutaj; ale to nie ja jestem dla tego miejsca, tylko to miejsce jest dla mnie. Od pięciu dni, regularnie w ramach kolacji wypijam dużą szklankę soku warzywno – owocowego. Każdego dnia próbuję nowych połączeń, i nowych smaków. Tym oto sposobem przekonałam się o tym, że choć połowa banana nadaje przyjemny posmak każdemu soku, który robię. Tymczasem zużywam jesienne zapasy jabłek w piwnicy i lipcowe jagody z zamrażarki.

Ale to nie wszystko: w związku z tym, że pech trzyma mnie kurczowo za nogawkę w przypadku podróżowania pociągami, to jeszcze do tego doszedł mój laptop, który ma już 5.5 lat. Na przełomie lipca i sierpnia dodawałam pamięć RAM, bo ledwie ciągnął – a dziś? Zaczął nawalać mi wiatraczek, który momentami chodzi tak, jak jakiś 20-letni odkurzacz (albo i gorzej). Na zmianę laptopa w chwili obecnej nie mogę sobie pozwolić, więc podzwoniłam trochę po informatykach, i jedyne co się dowiedziałam, to najlepiej rozkręcić i wyczyścić (100 zł), a jak nic nie pomoże to trzeba kupić wiatraczek (80-100 zł + 70-100 zł robocizna).

I to byłoby na tyle. Weekend znowu uczelniany.
Pozdrawiam!

Home

W końcu po ponad tygodniowej nieobecności wróciłam do domu. A to, co zastałam, przeszło moje wszelkie wyobrażenia o tym, co mogę zastać po moich psiakach, które dziś od samego rana były same w domu… Skutki tego wszystkiego były takie, że pół dnia prałam: koce, pościele, poduszki, a nawet dużego misia, którego dostałam kiedyś tam od J. Na początku miałam wrażenie, że dosłownie tajfun przeszedł przez całe poddasze… W przedpokoju, na samym środku leżał miś, który w tej chwili ma intensywną kąpiel w pralce wraz z podwójnym wirowaniem; w pokoju nie było nic lepiej… prześcieradło porwane, poduszka rozszarpana, a pościel i koce, całe w sierści. Najdziwniejsze, jest to, że nie wiem co tym psom strzeliło do głowy, tym bardziej, że wcześniej nigdy nie miałam problemu z tym, aby coś mi zniszczyły, czy też wchodziły na łóżko. Najważniejsze, że sytuacja opanowana.

A ja? Co tu dużo mówić? Urządziłam sobie domowe SPA. Peelingi, maski, maseczki, i inne cuda poprawiające humor. Swoją drogą kilka miesięcy temu, w Biedronce dorwałam masła z Bielendy (bodajże po 8.99zł), i złapałam dwa: jedno z bawełną, a drugie z awokado. Wczoraj wykończyłam ten z bawełną, a dziś otworzyłam ten drugi – tymczasowo jestem zadowolona, tym bardziej za taką cenę, bowiem w drogeriach widziałam ten sam produkt w granicach 14 – 15 zł.

Tymczasem znikam! Dopiję jeszcze na spokojnie zieloną herbatę, poczytam chwilę książkę, i idę spać. Jutro intensywny dzień.

Pozdrawiam!

Złośliwość rzeczy martwych

Mój laptop ma 5.5 roku – to dużo, ale prócz wymiany RAM-u nic wielkiego się z nim nie działo; do wczoraj. Pięć godzin spędziłam nad usuwaniem „usterki”, która w ogóle nie chce zniknąć. Otóż albo wyświetla mi się okienko z informacją o zainstalowaniu drukarki (która jest zainstalowana), albo że bufor drukowania jest wyłączony. I to nic, że wchodzę na poziom systemu i co go włączę, to on się wyłącza. I tak w kółko Macieja!

Może ktoś z Was miał podobny problem?

Niedzielnie

To jest pierwsza wolna niedziela od dłuższego czasu, której nie muszę poświęcać na żadną naukę, kursy, czy też zajęcia. I dobrze mi z tym. W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy razem z J. na krótki wyjazd, który przekładaliśmy z grudnia na koniec lutego ze względu na moją chorobę – a dziś wieczorem wybieramy się na kabarety (rocznicowy prezent dla J.).

Zaplątanie z poplątaniem

Od czego by tu zacząć…
Dzisiejszy dzień był zwariowany: kościół, gotowanie, małe sprzątanie, pranie, zakupy, w między czasie jeszcze kawa z koleżanką, wizyta u dentysty, niespodziewany wypad do kina, małe zakupy i … wizyta na Policji.

W zasadzie to trochę się tego wszystkiego uzbierało, i zwyczajnie jestem zmęczona. Zaraz dopiję herbatę, poczytam jeszcze chwilę książkę – i idę spać. W między czasie oczywiście jeszcze porozmawiam z J. i w myślach zaplanuję jutrzejszy dzień. Muszę przysiąść do tych prac zaliczeniowych, bo dziś pochłonęło mnie lepienie pierogów na obiad i tysiąc dwieście innych spraw.

Dobranoc i spokojnego czwartku!

P.s. Czytacie w chwili obecnej jakąś książkę?

W skrócie… i kulinarnie: makaron ze szpinakiem

Wróciłam już do domu: te dni spędzone u J. przepełnione były błogim lenistwem… to znaczy jeden dzień: bo wcześniej była nauka do egzaminu, potem egzamin (zdany na cztery), i w końcu szkolenie. Niedzielna podróż środkami komunikacyjnymi urozmaicona została dzięki polskim pseudokibicom (mam nadzieję, że na nich więcej nie trafię), ale ogólnie weekend zaliczam do zupełnie udanych. A wczoraj? Co tu dużo pisać: po prostu zrobiliśmy sobie z J. maraton serialowy.

Jestem zadowolona, bo udało mi się już posprzątać i wymyć podłogi w całym domu; jeszcze trochę i pranie będzie wyprane, tylko pozostało mi ogarnięcie swoich, czterech kątów po prawie tygodniowym uczeniu się. Później przyjdzie córka mojego kuzyna i w końcu wezmę się za napisanie pracy zaliczeniowej.

Ale to nie wszystko: w piątek, w kuchni mojego J. udało mi się ugotować bardzo dobry makaron ze szpinakiem i fetą. I choć dopiero drugi raz robiłam to danie (niezwykle proste i szybkie) – to wyszło ono bardzo smaczne.

Makaron ze szpinakiem
2 szklanki makaronu
1/2 op. mrożonego szpinaku
1/2 serka feta
1 op. jogurtu greckiego
3 ząbki czosnku
sól, pieprz do smaku

Przygotowanie: Na patelnię wlewamy łyżkę oliwy i dodajemy wyciśnięty przez praskę czosnek (należy to robić na małym ogniu, gdyż czosnek lubi się przypalać). Następnie dodajemy kulki szpinaku (ok. 1/2 opakowania) i często mieszamy. Gdy szpinak zacznie się rozmrażać dodajemy 2 łyżki wody. Gdy szpinak się rozmrozi, doprawiamy i dusimy przez około 5 minut; w międzyczasie gotujemy makaron al dente. Następnie dodajemy fetę pokrojoną w kostkę oraz jogurt grecki – wszystko razem mieszamy i dusimy przez kolejne 5 minut. Ugotowany makaron wsypujemy na patelnię i wszystko razem mieszamy.

Sesyjnie

I już po… Było dużo strachu przed tym wszystkim, ale jakoś przez to przebrnęłam; teraz tylko pozostało mi tylko czekanie na wyniki. Wydaje mi się, że uzbieram odpowiednią ilość punktów potrzebnych do zaliczenia.

Jutro kurs dodatkowy z diagnozy dzieciaczków; ale jadę razem z J., i choć będzie trochę mało czasu, to gdzieś się wybierzemy. Bynajmniej będę miała towarzysza podróży, i będzie mi raźniej, i co najważniejsze nie prześpię swojej stacji (o mały włos nie zrobiłam tego dzisiaj).

Weekend pomimo totalnego zabiegania i „zawirowania” jak najbardziej kulinarny: pojawiły się nowe dania i pewne eksperymenty starych przepisów. Lubię tak na spokojnie i bez pośpiechu pogotować.

Udanej niedzieli!

Uff!

Uff… Jestem. Dziwne to było, kilka dni bez Internetu – co gorsza, przed sesją, więc wymiana materiałami do egzaminu była ograniczona. Ale nic – powoli ogarniam pocztę, materiały, i facebook’a.

To będzie ciężki tydzień… Niby tylko jeden egzamin, we wcześniejszych latach miewałam więcej; ale prace zaliczeniowe się piętrzą, i nie chcą się same napisać – a szkoda. Generalnie nie jest źle: zostały mi do przeprowadzenia dwa wywiady z rodzicami, do tego jeszcze opinia, i takie tam. Wiem jedno: oby przetrwać do końca miesiąca! A nawet nie, wystarczy do 22 lutego, wtedy wyjeżdżamy z Osobistym do Gniezna na kilka dni. Tak sobie właśnie myślę, że 20 miną dokładnie 3 lata od naszej pierwszej randki. Heh… to są wspomnienia :)

Byle jak…

Zamknąć się gdzieś na cztery spusty, i być zwyczajnie niedostępnym dla nikogo. Choć na chwilę, na jeden dzień. Wszystko jest jakieś takie… po prostu beznadziejne. Szkoda, że nie ma takiej czapeczki nie-widki, że gdy ją założę to zniknę na chwilę; lub dwie.

Pomarzyć można…

Na walizkach

Kolejny weekend minął mi na walizkach: najpierw dotarcie do uczelnianego miasta, potem do J., i w końcu powrót do domu – chociaż i tak dzisiaj było nawet fajnie, bowiem wracałam TLK i praktycznie po ponad trzech godzinach byłam w domu.

Czasami mam już serdecznie dosyć tego ciągłego pakowania, prania, przepakowywania – i jeżdżenia „wte i wewte”. No ale nic, jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć i B, i C, i tak do końca alfabetu.

Ostatnio dużo rozmyślam o swoim życiu: o tym, co mnie spotkało i ma zamiar jeszcze spotkać. Cieszę się z tego, że mam obok siebie J., który wspiera mnie na każdym kroku – dobrze jest mieć takich ludzi wokół siebie.

Przede mną kolejny ciężki tydzień i wiele spraw do załatwienia, ale jakoś trzeba dać radę z tym wszystkim. Co prawda sporo tego wszystkiego, ale trzeba być dobrej myśli.

Miłego tygodnia !

Zagubiony kolczyk

Czasami z pozoru błahe sytuacje powodują, że przypominamy sobie pewne zdarzenia z przeszłości. I tak było dzisiaj w moim przypadku. Dosłownie przed chwilą, pakując torbę na weekend postanowiłam znaleźć jakieś kolczyki na jutrzejszy dzień – bo część jest u mojego J. i „wala” się pomiędzy kuchnią, łazienką, a pokojem. I znalazłam. Ten jeden, długi, srebrny kolczyk, który mi pozostał. Bo drugi, zaginął gdzieś w akcji na jednym z trójmiejskich peronów. Gdy siedziałam już tamtego dnia w pociągu, jeden życzliwy Pan zwrócił mi uwagę, że w uchu znajduje się tylko jeden.

Wokół tych kolczyków kręciłam się chyba ze cztery razy zanim je kupiłam: bo długie, nie praktyczne, bo gdzie będę je nosić. A były… piękne. Gdy miałam rozpuszczone włosy, cudnie mieniły się w słońcu.

Z kolczykami jest jeszcze jedna historia. W dniu od kiedy jestem razem z J. dostałam od niego spóźniony prezent urodzinowy – biżuterię, wśród niej były piękne fioletowe kolczyki. I kiedyś biegnąc po schodach (oczywiście na peron!) spadł mi jeden – i pękł. W chwili obecnej znajduje się on u J. w kuchni, na parapecie, w czarnym pudełeczku; zaś drugi kolczyk jest schowany u mnie w biurku.

I choć nigdy nie założę już ani tych srebrnych, ani fioletowych kolczyków – to trzymam „pozostałości” po nich na pamiątkę. Tak sobie właśnie myślę, że dwa lata temu miałam takie motyle w brzuchu, że mogłam góry przenosić. A dziś? Kocham i jestem kochana.

Ale dość tego pisania. Jutro mam kolokwium i trzeba się ogarnąć do końca – jakkolwiek to brzmi. W końcu nikt tego za mnie nie napiszę – a szkoda…

Udanego weekendu!

Home

Jestem już w domu. Cała  podróż trwała równe cztery godziny, z czego oczywiście część czasu „przekimałam” w pociągu, żeby odespać wczesną pobudkę. Uczelniane weekendy wykańczają mnie, nie tylko pod względem całodziennych zajęć, trwających od rana do wieczoru, ale także pod względem wczesnego wstawania. Jeszcze trochę(…), najtrudniejszy okres przede mną: do końca stycznia mam do zdania cztery kolokwia, co prawda egzamin mam tylko jeden, ale mam kilka prac do oddania na zaliczenie.

Wczorajsza, spontaniczna rozmowa z J. spowodowała, że jestem(…) dziwnie spokojna. Dobrze było spędzić ze sobą ponownie kilka dni pod rząd, bo trudny jest ten czas, gdy nie jesteśmy razem…

Najpiękniejsze wykonanie, jakie kiedykolwiek słyszałam…

T. Karolak: Zabiorę Cię…

O czytaniu

Czy znacie to uczucie, kiedy z wyczekaniem czekacie na kuriera, który ma przywieść Wam wyczekaną przesyłkę? Myślę, że tak. Od tygodnia czekałam na paczkę z wydawnictwa, w której przyszły książki – dla mnie oraz Osobistego. W moim przypadku tradycyjnie padło na J.L. Wiśniewskiego Zespoły napięć oraz na dodatek w postaci J.D. Bujak Spadku, o którym słyszałam wiele dobrych opinii. Osobisty natomiast wybrał swojego Pratcheta – i każdy z nas jest zadowolony. Teraz czekamy już tylko na paczkę z drugiego wydawnictwa, również z książkami (myślę, że powinna przyjść jutro).

Swoją drogą, ubiegły rok obfitował w kupowanie książek. Wraz z Osobistym, według moich szybkich kalkulacji kupiliśmy chyba z 30 książek (!) Zresztą, co tu dużo pisać, cieszę się bardzo, że w ubiegłym roku ponownie wróciłam do czytania.  Swoją drogą, każde z Nas czyta zupełnie inną literaturę, i jeszcze nie zdarzyło się coś takiego, abyśmy obydwoje przeczytali jedną książkę.

Wiem jedno: styczeń jest dla mnie trudnym miesiącem i ciężko będzie mi się powstrzymać od tego, by nie sięgnąć na półkę po świeżą książkę Wiśniewskiego, która ma przyjść jutro. A teraz? Czas zabrać się w końcu za recenzję książki na studia…

Analitycznie (6)

To był dobry tydzień: przepełniony po brzegi miłością, czułością i troską o drugą osobę. Było tak zwyczajnie, codziennie i beztrosko. I nie przeszkadzało mi, że osobisty grał na PSII, czy też spał, a ja w między czasie zajmowałam się czymś zupełnie innym. Było tak zwyczajnie, każdy robił to, co chciał: grał, spał, przeglądał Internet. A wieczorami? Rozmawialiśmy, oglądaliśmy filmy i śpiewaliśmy (!) kolędy – jednym słowem było miło i przyjemnie.

I pomimo tego, że zmogła mnie choroba, w związku z czym Nasz wyjazd został przełożony, a ja pod czujnym i troskliwym okiem J. leżałam w łóżku, piłam herbatki i się kurowałam – to jestem szczęśliwa. Jak zwykle na swój sposób, ale jest mi z tym dobrze.

Dzięki tym ostatnim dniom zdałam sobie sprawę z tego, że jest na pewien sposób namiastka mojej przyszłości – i wiem jedno: największym moim marzeniem jest możliwość stworzenia rodziny z J. Nie zawsze jest kolorowo: czasami są problemy, czasami jedno ma muchy w nosie, a czasami jest wprost idealnie. I choć czasami strzelam „fochy”, to wiem, że nie ma drugiej osoby na świecie, która darzyłaby mnie taką miłością jak mój J.

A teraz? Siedzę w swoim czterech kątach rozpakowuję walizkę, palę świeczki i słucham muzyki. I pomimo tego, że nie widzimy się dopiero od niespełna pięciu godzin – to tęsknię; ale i tak jestem szczęśliwa.

(…), bo dobrze jest mieć za kim tęsknić.

Krok do przodu

Dziś ostatni dzień, kiedy mam 26 lat. Już jutro, a raptem za kilka godzin będę starsza. Czy zmieniłam się przez ostatni rok? Pewnie tak, ale czy na plus, czy na minus – to już nie mi oceniać. Słucham Gadowskiego i myślę o swoim życiu: co było, co jest, i co będzie. Ostatnio zdarzały mi się takie dni, że myślami wracałam do swojej przeszłości, schowanej gdzieś głęboko w najdalej oddalonych zakamarkach pamięci. Czy dobrze było powspominać dawne czasy? Z jednej strony pewnie i tak, gdy myślami wracało się do okresu, gdy żyło się beztrosko, bez większych problemów; a z drugiej strony biorąc pod uwagę bardziej te negatywne czynniki i wspomnienia, to w sumie dobrze było, przeżyć coś, dzięki czemu znajduje się obecnie w takiej, a nie innej sytuacji, i mam wokół siebie te osoby, które są dla mnie ważne.

Są piosenki. Są ludzie. I są wspomnienia.
A ja? Cieszę się, że jestem w związku, w którym kocham i jestem kochana.

IRA – Ona i On