Analitycznie

Lubię ten stan, kiedy na spokojnie rozmawiamy z J. o naszej przyszłości i zwyczajnie robimy plany: rozmawiając o remontach, planach, zakupach, rzeczach mniej i bardziej ważnych… I choć wiem o tym, że bardzo chcielibyśmy mieć dzidziusia to nie wiadome jest to, czy nam się to uda. Niektórzy mówią, że chcieć to móc, ale nie zawsze życie jest takie proste…

Kruchość życia

Wszystko potoczyło się bardzo szybko: najpierw wykrycie choroby, potem nieudane leczenie, i w końcu to, o czym nikt na początku nie myślał – śmierć. Najgorszy jednak był ten końcowy okres, kiedy to rodzina czekała na tą ostateczną informację. Straszne jest to, w jak szybkim tempie zmienia się ludzkie życie: jednego dnia rozmawia się jeszcze z rodziną, a drugiego już nie ma danej osoby…

Wczoraj byłam na pogrzebie wujka. Przez kilka ostatnich miesięcy męczył się z rakiem. Leczenie, którym był objęty – to tak jakby w ogóle go nie było… Być może to i okrutne, ale bynajmniej teraz się nie męczy…

Przeznaczenie?

Rozmawiając ostatnio z moim J. doszłam do wniosku, że gdyby żadne z nas kilka lat temu nie założyło konta na jednym z portali – nie byłoby ani naszego związku, ani naszej miłości. Niby taka błaha sprawa – kilka kliknięć, parę słów, i tyle.
Jedno jest pewne: nigdy nie zapomnę, gdy z niepewnością sprawdzałam skrzynkę odbiorczą, czy przypadkiem „już” nie odpisał. Jak podczas pier

Rozmawiając ostatnio z moim J. doszłam do wniosku, że gdyby żadne z nas kilka lat temu nie założyło konta na jednym z portali – nie byłoby ani naszego związku, ani naszej miłości. Niby taka błaha sprawa – kilka kliknięć, parę słów, i tyle.

Jedno jest pewne: nigdy nie zapomnę, gdy z niepewnością sprawdzałam skrzynkę odbiorczą, czy przypadkiem „już” nie odpisał. Jak podczas pierwszej nocy na stancji, rozmawiając z obecną bratową logowałam się przez komórkę do internetu i wysłałam do Niego e-mail, a w odpowiedzi dostałam Jego numer telefonu. I wtedy się zaczęło: dziesiątki esemesów dziennie, spontaniczny telefon, aby usłyszeć Jego głos. A potem? Spotkaliśmy się po raz pierwszy, w moim studenckim mieście, po poprawkowym egzaminie z psychologii rozwoju. Od tamtego czasu potrafiliśmy rozmawiać godzinami przez telefon. Pamiętam jak J. opowiadał mi, co widzi z akademickiej kuchni za oknem; jak chodził po akademiku i szukał spokojnego miejsca, aby porozmawiać. Po nie całych dziesięciu miesiącach spędziliśmy wspólnego Sylwestra, i od tamtej pory jesteśmy razem. I co najważniejsze: nie zapomnę nigdy tego uczucia, gdy przytulił mnie po raz pierwszy – wiem jedno, poczułam się wtedy bezpiecznie i chciałam, aby czas stanął w miejscu.

Nie wiem jak wyglądałoby moje życie gdybym kilka lat temu nie założyła tamtego konta, i gdybym nie odpisała na wiadomość mojego J. Gdy myślę o sobie z okresu „przed” to mam wrażenie, jakbym była zupełnie inną osobą, kimś innym. Wiem jedno, aby spotkać na swojej drodze J. musiałam długo szukać; i cieszę się, że w końcu znalazłam, bo dzięki temu jestem szczęśliwa.

Dwa lata temu zakochiwaliśmy się w sobie nawzajem, a dziś? Po cichu myślimy o założeniu rodziny i planujemy Naszą przyszłość. Tak sobie myślę, że to wszystko, co wydarzyło się w moim życiu, miało się wydarzyć po to, abyśmy mogli się spotkać i być razem.

Bezsennie

Nie mogę spać. Leże w łóżku od ponad godziny, i choć zamykam oczy próbując za wszelką cenę zasnąć – nic mi z tego nie wychodzi. Nie lubię tego stanu, kiedy leżę w ciemnościach, a po mojej głowie krążą różne wspomnienia i myśli. To nie jest dobry moment na analizy, i rozstrzyganie pewnych spraw.

45 minut później(…)

Nie wiem w jakim celu to zrobiłam, to kilka niepotrzebnych kliknięć spowodowało, że powróciłam do tych miejsc, do których nie chciałam wracać. I to nie jest kwestia tego, że żałuję – bo tak nie jest.  Powróciły spojrzenia, które z jednej strony wywołują uśmiech na mojej twarzy, a z drugiej strony powodują, że w moich oczach pojawiają się łzy.

Gdy myślę o sobie z tamtego okresu swojego życia, nasuwa mi się tylko jeden wniosek – byłam zupełnie innym człowiek. Byłam… po prostu inna. Przez te ostatnie lata naprawdę się zmieniłam, mogę się jedynie domyślać, że duży wpływ miał na to Osobisty: wyciszyłam się, uspokoiłam i … złagodniałam?

Chcę już zasnąć i nie myśleć o tym wszystkim.

Zrobimy pierniki ?

Jest jeden mały człowiek na tym świecie (w sumie to już nie taki mały), który regularnie co roku w okolicy świąt Bożego Narodzenia przybiega do mnie i z iskierkami w oczach pyta się kiedy będziemy robić pierniki. I choć rodzice tego dziecka, rzetelnie rok w rok bronią się nogami i rękoma przed robieniem pierników: „bo za dużo pracy”, „bo będzie bałagan”, „bo trzeba posprzątać” – to ze względu właśnie na tego małego człowieka co rok zagniatam ciasto, by potem przy dźwiękach kolęd wycinać pierniki.

I to jest taki nasz czas. Mój i tego małego człowieka. Serce mi rośnie, gdy każdemu mówi, że co roku razem ze mną robi te pierniki. A gdy ostatnio usłyszałam, że te pierniki to już nasza taka tradycja świąteczna, to zaczęłam zastanawiać się nad tym, co będzie, gdy się wyprowadzę, i założę własną rodzinę? Wiem o tym, że choćby miał być koniec świata, mama tej dziewczynki i tak nie zrobi pierników…

- Ciociu, a jak Ty już będziesz stara i nie będziesz w stanie zrobić pierników, to ja je zrobię i przywiozę Tobie i wujkowi J.

I dla takich chwil warto żyć.

Analitycznie (6)

To był dobry tydzień: przepełniony po brzegi miłością, czułością i troską o drugą osobę. Było tak zwyczajnie, codziennie i beztrosko. I nie przeszkadzało mi, że osobisty grał na PSII, czy też spał, a ja w między czasie zajmowałam się czymś zupełnie innym. Było tak zwyczajnie, każdy robił to, co chciał: grał, spał, przeglądał Internet. A wieczorami? Rozmawialiśmy, oglądaliśmy filmy i śpiewaliśmy (!) kolędy – jednym słowem było miło i przyjemnie.

I pomimo tego, że zmogła mnie choroba, w związku z czym Nasz wyjazd został przełożony, a ja pod czujnym i troskliwym okiem J. leżałam w łóżku, piłam herbatki i się kurowałam – to jestem szczęśliwa. Jak zwykle na swój sposób, ale jest mi z tym dobrze.

Dzięki tym ostatnim dniom zdałam sobie sprawę z tego, że jest na pewien sposób namiastka mojej przyszłości – i wiem jedno: największym moim marzeniem jest możliwość stworzenia rodziny z J. Nie zawsze jest kolorowo: czasami są problemy, czasami jedno ma muchy w nosie, a czasami jest wprost idealnie. I choć czasami strzelam „fochy”, to wiem, że nie ma drugiej osoby na świecie, która darzyłaby mnie taką miłością jak mój J.

A teraz? Siedzę w swoim czterech kątach rozpakowuję walizkę, palę świeczki i słucham muzyki. I pomimo tego, że nie widzimy się dopiero od niespełna pięciu godzin – to tęsknię; ale i tak jestem szczęśliwa.

(…), bo dobrze jest mieć za kim tęsknić.

Krok do przodu

Dziś ostatni dzień, kiedy mam 26 lat. Już jutro, a raptem za kilka godzin będę starsza. Czy zmieniłam się przez ostatni rok? Pewnie tak, ale czy na plus, czy na minus – to już nie mi oceniać. Słucham Gadowskiego i myślę o swoim życiu: co było, co jest, i co będzie. Ostatnio zdarzały mi się takie dni, że myślami wracałam do swojej przeszłości, schowanej gdzieś głęboko w najdalej oddalonych zakamarkach pamięci. Czy dobrze było powspominać dawne czasy? Z jednej strony pewnie i tak, gdy myślami wracało się do okresu, gdy żyło się beztrosko, bez większych problemów; a z drugiej strony biorąc pod uwagę bardziej te negatywne czynniki i wspomnienia, to w sumie dobrze było, przeżyć coś, dzięki czemu znajduje się obecnie w takiej, a nie innej sytuacji, i mam wokół siebie te osoby, które są dla mnie ważne.

Są piosenki. Są ludzie. I są wspomnienia.
A ja? Cieszę się, że jestem w związku, w którym kocham i jestem kochana.

IRA – Ona i On

Analitycznie (5)

Pomimo tego, że wiele się ostatnio działo i nie były to sprawy wywołujące uśmiech na mojej twarzy – to dziś się uśmiechnęłam (świadomie). I jest mi z tym bardzo dobrze.

…, bo czy jest lepszy sposób na smutki niż dzień spędzony ze swoim mężczyzną? Na rozmowach ważnych, i mniej ważnych dotyczących wspólnej przyszłości, i nie tylko? Żadne mrożone jogurty, zakupy i pyszne czekoladki nie przyniosły mi tyle radości jak dzisiejszy dzień: przepełniony przytulaniem, rozmowami o „naszym domku” i tym co będzie.

I tak sobie myślę, że jestem szczęściarą, że spotkałam w swoim życiu, kogoś takiego jak mój J. (…), bo On jest już tylko mój. Na zawsze. Tylko jeszcze o tym nie wie. :)

Offline

Dzisiaj mam taki dzień, że najchętniej to wyjęłabym butelkę wina, zapaliła papierosa i zaczytała się w literkach Wiśniewskiego. A wszystko po to, aby móc przez chwilę nie myśleć o słowach, które ciągle są w mojej głowie. Jest mi dziś cholernie smutno, i bardzo źle. Tak źle, że gdybym tylko mogła to weszłabym w tryb offline i omijała ludzi dalekim łukiem. Nie codziennie człowiek dowiaduje się, że nie będzie mógł nosić pod sercem żadnego maleństwa – gdyby ktokolwiek wiedział, jak świadomość tego wszystkiego boli.

Bardzo lubiłam swojego lekarza: za wiedzę, za doświadczenie… a teraz? Teraz mam do niego żal, że nie przekazał mi tej wiadomości w inny sposób.

Analitycznie (4)

Wczoraj zaczęłam pisać nowy post: pełen optymizmu, nadziei na przyszłość, napełniony po brzegi wewnętrznym ciepłem i harmonią, której potrzebuję, aby normalnie funkcjonować. A dzisiaj? Dziś po prostu mam gorszy dzień. Jeden z tych, w których najchętniej ukryłabym się przed całym światem pod ciepłym kocem, z kubkiem smacznej, aromatycznej herbaty i kartonikiem chusteczek. Ale nie ma takiej możliwości, aby móc wprowadzić się w tryb offline tak jak w Internecie i za jednym kliknięciem wylogować się z życia. Codzienność jest inna: trzeba założyć uśmiech nr 36 i udawać, że jest się zadowolonym z życia i wszystko układa się po Twojej myśli.

Dziś był taki dzień, który najchętniej spędziłabym w błękitnej piżamie, bamboszach, pod ciepłym zielonym kocykiem, z pyszną malinową herbatą, i ze swoimi myślami. Sam na sam. Bez makijażu i sztucznego uśmiechu przyklejonego do twarzy, bez kłamstw rzucanych na prawo, i lewo, że wszystko jest cudne, super, och i ach. Gdyby nie było dzisiaj święta pewnie wymigałabym się od rodzinnego spotkania studiami, zjazdem, czy czymkolwiek, ale niestety tak nie było. Kłamałam. Na prawo. Na lewo. I wprost.

A teraz? Pozapalałam sobie świeczki, włączyłam muzykę (klik) i pijąc herbatę – analizuję. Znowu! Nie lubię tego niepokoju, dysharmonii oraz niepewności. Ale trzeba żyć dalej (…)

Analitycznie, i nie tylko

Wróciłam do domu po kilku dniowej nieobecności spowodowanej zajęciami na studiach i chęcią spędzenia kilku chwil z moim Osobistym Mężczyzną. Bardzo lubię ten czas, kiedy spokojnie możemy pójść na spacer, spędzić leniwie popołudnie rozmawiając o sprawach ważnych i mniej ważnych, porozwiązywać krzyżówki, a nawet zwyczajnie pomilczeć. I choć wspólnych chwil jest bardzo mało, nie tyle ile byśmy chcieli, to każdy spędzony wspólnie dzień jest dla nas tak ważny. Wtedy wszystko jest inne, i herbata smakuje inaczej, i kakao robione późnym wieczorem bardziej rozgrzewa niż zazwyczaj.

Jednakże najprzyjemniejsze mimo wszystko są rozmowy o Naszej przyszłości, i choć temat dla niektórych błahy, dla mnie jest bardzo ważny oraz istotny. Nawet jeżeli człowiek obawia się jakiś zmian w swoim życiu, i nigdy nie ma całkowitej pewności odnośnie tego, co będzie za kilka lat (nie chodzi oczywiście o brak pewności związany z tym, czy się chce spędzić z daną osobą resztę życia).

Siedzę i popijając herbatę z malinami i kardamonem słucham Hanny Banaszak; i myślę. Rozmyślam o swoim Osobistym. O Naszym związku trwającym prawie dwa lata. I choć tak naprawdę w odniesieniu to całego życia, dwa lata to zaledwie kilka ziarenek piasku, mam wrażenie jakbyśmy byli ze sobą znacznie dłużej. Lubię ten stan kiedy myślę o Nas i o Naszej przyszłości, czuję się wtedy dobrze ze swoimi myślami. Wiadomo jak to w związku pomiędzy dwojgiem ludzi – bywa różnie: są chwile dobre, i te nieco gorsze, ale po prostu trzeba je jakoś przetrwać. Kiedyś, kilka ładnych lat temu na pierwszych, a nawet chyba i na drugich studiach często rozmawialiśmy o przeznaczeniu, i choć wtedy wydawało mi się, że coś takiego nie istnieje, to dziś jestem innego zdania. Być może dla jednych może to brzmieć trywialnie, ale każdy ma prawo do swojego zdania. A gdy tak sobie myślę o tym wszystkim, co działo się wcześniej, to dochodzę do wniosku, że tak widocznie musiało być; że pewne rzeczy musiały się wydarzyć, abym mogła być szczęśliwa na swój własny, indywidualny sposób.

Jest jeszcze coś o czym ostatnimi czasy często myślę. Kilka tygodni temu Mój Mężczyzna zaprowadził mnie na pewną piękną, magiczną działkę z cudnym sadem. I gdy wtedy, wczesnym wieczorem zobaczyłam te wszystkie jabłonie i czułam zapach zbliżającej się jesieni – wpadłam po same uszy. Jeżeli jest to w jakikolwiek możliwe i można zakochać się w kawałku ziemi – to się zakochałam na zabój.

H. Banaszak „W moim magicznym domu”

Spokoju mi brak

Smutno mi, i cholernie ciężko dzisiejszego dnia.
Słucham Kowalskiej i dobijam samą siebie myślami. 

…, bo gdybym mogła zrobić cokolwiek to… ale nie mogę!

Do jasnej Anielki – nie mogę !!!

…, bo gdybym mogła to potrząsnęłabym całym Światem,
ale tego również nie mogę zrobić !

Źle mi z własnymi myślami,
i z tym cholernym smutkiem !
Ale co mam zrobić ?!

Jestem wykończona – wszystkim !
Smutkiem, ciągłym zmęczeniem, niewyspaniem.
Hormonami: jednych zbyt wiele, drugich za mało;
czuję się jak chodząca bomba zegarowa !

A na koniec – Uroczyskowe zdjęcie…
Spokoju mi brakuje…

Tytuł musi być…

Po uczelnianym weekendzie, i tych wszystkich pozostałych problemach mam po prostu wszystkiego dość. Przeraża mnie to wszystko, co się dzieje wokół mnie. Gdybym tylko mogła to schowałabym się gdzieś: daleko i głęboko od tego całego zgiełku, problemów i dylematów – choć tak na chwilę, na jeden dzień; aby móc w spokoju odetchnąć.

Ale nie ma tak dobrze…

Smutno mi – najchętniej to bym… potrząsnęła „całym światem”.

Emilia „Big big world”

Przeklęte choróbska

Zbudowała wokół siebie kolejny mur.
I tyle, bo co tu dalej pisać ?

Jako przyszły psycholog wiedziała, że człowiek musi przegadać „dany temat” z kimkolwiek tyle razy, aż odczuje wewnętrzną ulgę. A ona nie potrafiła już rozmawiać o swoich chorobach, tłamsiła to wszystko w sobie.

Bała się…

Bała się kolejnej wizyty u lekarza. Kolejnych badań i kolejnych, mniej lub bardziej trafionych diagnoz. I w ten oto sposób tworzyła listę gabinetów, które powinna odwiedzić… Endokrynolog, ginekolog, lekarz POZ, w międzyczasie badania krwi, usg, rtg, i wiszący nad nią, niczym jakaś czarna mgła rezonans. Zresztą co tu dużo mówić, swojemu „endo”, wierzyła bardziej, aniżeli swojej wieloletniej lekarce pierwszego kontaktu.

Było jej ciężko, nie miała siły na to, aby móc rozmawiać o tym z kimkolwiek: o swoich wątpliwościach, o tym czego się bała, skutkach tego wszystkiego. Za każdym razem, gdy zbierała się ostatnimi czasy na to, aby porozmawiać o tym wszystkim ze swoim J., ale jakoś wszystko kończyło się na chęciach…

Ostatnio źle sypia. Martwi i zadręcza się tym wszystkim…

Nieodpowiedzialni rodzice

Nic nie irytuje mnie tak, jak głupota innych ludzi. Osób z pozoru dorosłych. Najgorszą rzeczą jednak jest to, że takie osoby miewają dzieci. Po co przedszkolakowi i drugoklasistce komórki na abonament za 50 złotych? Nie wiem, i odpowiedzi zapewne nie uzyskam. Moim skromnym zdaniem, zarówno ten chłopiec, jak i dziewczynka powinny „wystukać” taki rachunek, aby dać rodzicom nauczkę. Chociaż, czy to by ich cokolwiek nauczyło? Wątpię! Ale najlepiej kupić jeszcze tej drugoklasistce laptopa z blueconnetem, czy jeszcze innym bezprzewodowym gównem – by w przeciągu następnych kilku tygodni użalać się nad tym jaka ona jest nieposłuszna, bo nie słucha i pyskuje rodzicom.

Codzienne życie takiej rodziny jest również w opłakanym stanie. Na obiad ciągle serwowane pizze, frytki i parówki – na przemian, dla urozmaicenia diety dzieci. A potem wielkie zdziwienie, że dziecko ląduje w szpitalu z silną anemią. Ale czy chodzi tylko o sposób żywienia dzieci? Oczywiście, że nie. Pomimo tego, że matka tychże dzieci jest nałogową pedantką i lata na odkurzaczu, ze szmatami i innymi wynalazkami do sprzątania przez cały dzień, to nie potrafi zadbać o higienę osobistą swojego potomstwa. Częstotliwość mycia dzieci, pomimo wielu tłumaczeń nadal wynosi dwa razy na siedem dni. Mycie zębów? A po co? Skoro dzieci nie chcą, to po co zmuszać ich do czegokolwiek. Śniadania, kolacje – najlepiej suche płatki, albo z zimnym mlekiem (bo, po co podgrzewać?), a że któreś dziecko przeziębi sobie żołądek? Trochę popłacze, i minie – ot, co. W codzienne przekąski, w których rzekomo powinny być wliczone zarówno warzywa i owoce zastępowane są dużymi paczkami czipsów dla każdego dziecka.

A czas wolny? Który z reguły każdy rodzic stara się spędzić ze swoimi pociechami, wypełniony jest bajkami na Cartoon Network, Play Station – i innym badziewiem, między innymi komputerem w przerwach, gdy rodzice nie siedzą na naszej klasie dodając komentarze do zdjęć znajomych.

Wiem jedno: niektóre małżeństwa nie powinny mieć dzieci. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, bo nie potrafią ich wychować. Przykre jednak jest to, że obecnie jest wiele rodzin, które mają problemy z poczęciem potomstwa z różnych powodów; a takim jak zostali opisani powyżej trafia się gromadka.

I to jest właśnie to: w przypadku opisanym powyżej najbardziej jest mi żal dzieci, bo to one są najbardziej krzywdzone w tym wszystkim. Ale widocznie tak już musi być… Jedni rodzice czytają swoim dzieciom bajki na dobranoc, śpiewają kołysanki – a inni: włączają radio dla świętego spokoju.

Choć sama nie mam jeszcze dzieci, i nie wiem jaką będę matką, to mam pełną świadomość tego, jak nie będę postępować…

Smutek

Było jej smutno.
Cholernie smutno.

Nie lubiła smutku i tej melancholii w swoim głosie.
Wiedziała, że są dwa wyjścia: albo lampka wina i literki Wiśniewskiego,
albo po prostu spróbować zapomnieć… Entliczek, pętliczek, „zielony stoliczek”…
Na kogo wypadnie na tego – bęc ! I tak w nieskończoność…

Miała gorszy dzień? Oj tak!
Było tylko jedno wyjście: fryzjer!

Powroty

Wiedziała, że czas spędzony w Uroczysku kiedyś dobiegnie końca – i tak się stało. Ostatniego dnia sierpnia, siedząc na skraju swojego kempingowego łóżka usłyszała głośne pukanie do drzwi recepcji. I gdy ujrzała znajomą sylwetkę przez prześwitującą zasłonę, krzyknęła tylko „Kuba!” i wybiegła niczym z procy, by móc mocno wtulić się jego ramiona. W końcu po dwóch miesiącach mogła się do niego mocno przytulić – czas wtedy dla niej stanął w miejscu i już nic nie było ważne, bo była w końcu z nim. Wtedy już wiedziała, że spakują jej wszystkie torby do bagażnika, podjadą pod hotel, gdzie zda wszystkie klucze i rozliczenia, a potem odjedzie tą samą drogą, którą przyjechała na samym początku lipca. 

Była w końcu szczęśliwa i wiedziała, że w końcu będzie mogła spędzić czas z tymi, którzy są dla niej najważniejsi.

Niczym na skrzydłach wróciła do domu przywitała się z mamą i braćmi, za którymi bardzo się stęskniła. A wczesnym wieczorem … przy gołąbkach swojej mamy cieszyła się, że może mieć w jednym miejscu wszystkich, których kocha.

Dziś z perspektywy czasu i kilku dni spędzonych w rodzinnym domu wiedziała, że ten czas kiedy nie była razem ze swoim Kubą, na pewien sposób zbliżył ich jeszcze bardziej do siebie. I pomimo tego, że przez te dwa miesiące po raz pierwszy doszło do jakiś sprzeczek i drobnych kłótni, to kochała go jeszcze bardziej niż wcześniej. Była pewna tego co do niego czuje, i wiedziała, że nie wyobraża sobie życia u boku kogoś innego…

Czasami lubiła wracać myślami do samych początków ich znajomości; i za każdym razem zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby nie Internet i pierwsza wiadomość napisana przez Kubę, nie byliby teraz razem. A tak była ( i jest ) najszczęśliwszą kobietą na świecie…

O marzeniach. Nierealnych marzeniach.

Duszę się tutaj – i mało tego, mam dość wszystkiego.
Męczą mnie już wczesne pobudki, nocne wstawanie do gości.
I wszystko tutaj dookoła – najchętniej to poszłabym na plażę (…)

Pomarzyć można – prawda?

A gdyby mieli wsadzać do więzienia za marzenia,
to dostałabym chyba dożywocie.

O szarej codzienności.

Mam dość – wszystkiego po kolei.

Co noc, w kółko, niczym mantrę życiową powtarzam sobie, niczym zacinająca się taśma, że jestem silna. I pewnie jestem. Tylko jedyny problem polega na tym, że moja silność  bawi się ze mną w chowanego. Przytłacza mnie wszystko, co przytłaczać tylko może.

Wczoraj, wczesnym wieczorem w drzwiach mojej recepcji stanął Pan Kazik, którego zawsze darzyłam sympatią, odkąd pamiętam. We wcześniejszych latach, gdy pracowałam w Uroczysku, On też tu pracował i był tzw. złotą rączką od wszystkiego: naprawiał to, co się popsuło itd. I podobnie było wczoraj – naprawiał mi telefon, który nie chciał przełączać rozmów.

No i oczywiście Pan Kazik – jak to On – opowiedział mi kawał. (…)

*

- Kamila, a mówisz czasem do siebie?
- Tak. Czasami to mi się zdarza.
- To dobrze (…)
- A dlaczego?
- A słyszałaś ten kawał?
- Nie…
- Był sobie facet, który mówił sam do siebie.
W końcu jego znajomy zapytał się jego, dlaczego sam do siebie mówi.
A ten mu odpowiedział, że dobrze jest czasem porozmawiać z kimś inteligentnym.

Jeszcze trochę i minie miesiąc odkąd tu jestem – i co?
Nic. Zupełnie nic. Czasami rzuciłabym to,
i poszła daleko przed siebie.

Tymczasem znikam.
Do pracy.