Srututu :-)

Ostatnio mało mnie tutaj; ale to nie ja jestem dla tego miejsca, tylko to miejsce jest dla mnie. Od pięciu dni, regularnie w ramach kolacji wypijam dużą szklankę soku warzywno – owocowego. Każdego dnia próbuję nowych połączeń, i nowych smaków. Tym oto sposobem przekonałam się o tym, że choć połowa banana nadaje przyjemny posmak każdemu soku, który robię. Tymczasem zużywam jesienne zapasy jabłek w piwnicy i lipcowe jagody z zamrażarki.

Ale to nie wszystko: w związku z tym, że pech trzyma mnie kurczowo za nogawkę w przypadku podróżowania pociągami, to jeszcze do tego doszedł mój laptop, który ma już 5.5 lat. Na przełomie lipca i sierpnia dodawałam pamięć RAM, bo ledwie ciągnął – a dziś? Zaczął nawalać mi wiatraczek, który momentami chodzi tak, jak jakiś 20-letni odkurzacz (albo i gorzej). Na zmianę laptopa w chwili obecnej nie mogę sobie pozwolić, więc podzwoniłam trochę po informatykach, i jedyne co się dowiedziałam, to najlepiej rozkręcić i wyczyścić (100 zł), a jak nic nie pomoże to trzeba kupić wiatraczek (80-100 zł + 70-100 zł robocizna).

I to byłoby na tyle. Weekend znowu uczelniany.
Pozdrawiam!

Zwariowany dzień…

Wróciłam w końcu do domu, ponownie po tygodniowej nieobecności. Odbębniłam dwa intensywne weekendy uczelniane, nadrobiłam trochę w pisaniu, i co najważniejsze: ponownie spędziłam trochę czasu z J.

Ambitnie, po nieprzespanym weekendzie, chciałam dziś pospać do wpół do ósmej. I co? Nic z tego nie wyszło, obudziłam się pomiędzy szóstą, a siódmą. Lecz pomimo tego, że miałam dość czasu na pakowanie itd. to i tak zapomniałam szczotki do włosów – tym sposobem mam nowe cudo do rozczesywania moich skołtunionych włosów.

Gdy tak sobie myślę o dzisiejszym dniu, to jestem szczęśliwa, pomimo tego, że torebka, którą kupiłam zaledwie dwa miesiące temu straciła jedno ucho i pasek, także, że J. chciał mnie wysłać do domu bez mojej torby z rzeczami.

A teraz? Czas na dalsze sprzątanie, pranie i inne rzeczy.
Miłego wieczoru!

I znowu pakowanie…

Po raz kolejny przepakowałam torbę: wyprasowałam tylko te rzeczy, które będą mi potrzebne na weekend; pozostałe poprasuję w poniedziałek już u J. Ponownie zostaję na cały tydzień: muszę ogarnąć praktyki, i trochę podzwonić, pozałatwiać, i trochę popisać. Nużące są dla mnie te ciągłe podróże pociągami, tu godzina, tam dwie godziny – i czas (życie) ucieka.

Miłego Dnia Kobiet !

Home

W końcu po ponad tygodniowej nieobecności wróciłam do domu. A to, co zastałam, przeszło moje wszelkie wyobrażenia o tym, co mogę zastać po moich psiakach, które dziś od samego rana były same w domu… Skutki tego wszystkiego były takie, że pół dnia prałam: koce, pościele, poduszki, a nawet dużego misia, którego dostałam kiedyś tam od J. Na początku miałam wrażenie, że dosłownie tajfun przeszedł przez całe poddasze… W przedpokoju, na samym środku leżał miś, który w tej chwili ma intensywną kąpiel w pralce wraz z podwójnym wirowaniem; w pokoju nie było nic lepiej… prześcieradło porwane, poduszka rozszarpana, a pościel i koce, całe w sierści. Najdziwniejsze, jest to, że nie wiem co tym psom strzeliło do głowy, tym bardziej, że wcześniej nigdy nie miałam problemu z tym, aby coś mi zniszczyły, czy też wchodziły na łóżko. Najważniejsze, że sytuacja opanowana.

A ja? Co tu dużo mówić? Urządziłam sobie domowe SPA. Peelingi, maski, maseczki, i inne cuda poprawiające humor. Swoją drogą kilka miesięcy temu, w Biedronce dorwałam masła z Bielendy (bodajże po 8.99zł), i złapałam dwa: jedno z bawełną, a drugie z awokado. Wczoraj wykończyłam ten z bawełną, a dziś otworzyłam ten drugi – tymczasowo jestem zadowolona, tym bardziej za taką cenę, bowiem w drogeriach widziałam ten sam produkt w granicach 14 – 15 zł.

Tymczasem znikam! Dopiję jeszcze na spokojnie zieloną herbatę, poczytam chwilę książkę, i idę spać. Jutro intensywny dzień.

Pozdrawiam!

Lutowy wyjazd

Już jestem, i napiszę jedno: to był udany wyjazd! W drodze do Gniezna, wjechaliśmy do Biskupina, zaś w drodze powrotnej do Torunia. Oczywiście wyjazd do Gniezna wykupiliśmy jakiś czas temu na Citeamie, i dziś wiem, że było warto. Choć gdy podjechaliśmy pod hotel, to nie zrobił on na nas piorunującego wrażenia, to jednak jego wnętrze i obsługa były na dobrym poziomie. Do tego były jeszcze atrakcje do wyboru: sauna, siłownia i basen.

Jednakże w Toruniu, okazało się, że pensjonat, w którym zarezerwowaliśmy pokój nie okazał się pensjonatem, a domkiem jednorodzinnym, którego właściciele oddają dwa pokoje gościom, zaś dostęp do kuchni okazał się czajnikiem w pokoju. Ale nic… wyjazd i tak zaliczmy do udanych, bo spędziliśmy trochę czasu ze sobą, pozwiedzaliśmy to, co chcieliśmy zobaczyć, i ogólnie było bardzo fajnie.

Za nie cały tydzień rozpoczynam na uczelni semestr letni, i znowu się zaczną zjazdy tydzień w tydzień, pisanie prac itd. Tymczasem znikam, i biorę się za dalsze pisanie pracy zaliczeniowej z modułu.

Pozdrawiam !


To już jutro!

Nareszcie ! Jutro z samego rana wyjeżdżamy na nasz długo wyczekiwany wyjazd. Walizki mamy spakowane, ubrania na jutro przyszykowane – czyli wszystko tak, jak być powinno. J. przyjechał dzisiaj wczesnym popołudniem, i jutro rano wstajemy około szóstej, pakujemy walizki do samochodu i wyruszamy w podróż – przed nami około 300 km, co w obecnych warunkach może jedynie świadczyć o bardzo długiej podróży.

A teraz czas na kąpiel i krótki relaks – a jutro kierunek Gniezno i Toruń.

Złośliwość rzeczy martwych

Mój laptop ma 5.5 roku – to dużo, ale prócz wymiany RAM-u nic wielkiego się z nim nie działo; do wczoraj. Pięć godzin spędziłam nad usuwaniem „usterki”, która w ogóle nie chce zniknąć. Otóż albo wyświetla mi się okienko z informacją o zainstalowaniu drukarki (która jest zainstalowana), albo że bufor drukowania jest wyłączony. I to nic, że wchodzę na poziom systemu i co go włączę, to on się wyłącza. I tak w kółko Macieja!

Może ktoś z Was miał podobny problem?

Paranienormalnie

Około półtora miesiąca temu, z okazji rocznicy wręczyłam J. bilety na kabaret Paranienormalnych; i w ten oto sposób niedzielny wieczór spędziliśmy w bardzo miłym towarzystwie. I muszę przyznać z ręką na sercu, że pomimo tego, iż do tej pory nie lubiłam kabaretów, to bawiłam się super. Czasami (sporadycznie) oglądałam z J. na „youtubie” jakieś skecze, ale nie robiły one na mnie wrażenia; a to co miało miejsce wczoraj – to po prostu rewelacja. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak się uśmiałam jak wczoraj. Wiem jedno: choć oglądaniu kabaretów w domu nadal podchodzę sceptycznie, to takie kabarety na żywo – uwielbiam!

Wybawiłam się świetnie, i dziś już wiem, że to był najlepszy prezent jaki mogłam dać J. na rocznicę: tym bardziej, że obydwoje bawiliśmy się świetnie. Jedno jest pewne, gdy tylko trafi się taka możliwość to na pewno to powtórzymy!

Niedzielnie

To jest pierwsza wolna niedziela od dłuższego czasu, której nie muszę poświęcać na żadną naukę, kursy, czy też zajęcia. I dobrze mi z tym. W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy razem z J. na krótki wyjazd, który przekładaliśmy z grudnia na koniec lutego ze względu na moją chorobę – a dziś wieczorem wybieramy się na kabarety (rocznicowy prezent dla J.).

Zaplątanie z poplątaniem

Od czego by tu zacząć…
Dzisiejszy dzień był zwariowany: kościół, gotowanie, małe sprzątanie, pranie, zakupy, w między czasie jeszcze kawa z koleżanką, wizyta u dentysty, niespodziewany wypad do kina, małe zakupy i … wizyta na Policji.

W zasadzie to trochę się tego wszystkiego uzbierało, i zwyczajnie jestem zmęczona. Zaraz dopiję herbatę, poczytam jeszcze chwilę książkę – i idę spać. W między czasie oczywiście jeszcze porozmawiam z J. i w myślach zaplanuję jutrzejszy dzień. Muszę przysiąść do tych prac zaliczeniowych, bo dziś pochłonęło mnie lepienie pierogów na obiad i tysiąc dwieście innych spraw.

Dobranoc i spokojnego czwartku!

P.s. Czytacie w chwili obecnej jakąś książkę?

W skrócie… i kulinarnie: makaron ze szpinakiem

Wróciłam już do domu: te dni spędzone u J. przepełnione były błogim lenistwem… to znaczy jeden dzień: bo wcześniej była nauka do egzaminu, potem egzamin (zdany na cztery), i w końcu szkolenie. Niedzielna podróż środkami komunikacyjnymi urozmaicona została dzięki polskim pseudokibicom (mam nadzieję, że na nich więcej nie trafię), ale ogólnie weekend zaliczam do zupełnie udanych. A wczoraj? Co tu dużo pisać: po prostu zrobiliśmy sobie z J. maraton serialowy.

Jestem zadowolona, bo udało mi się już posprzątać i wymyć podłogi w całym domu; jeszcze trochę i pranie będzie wyprane, tylko pozostało mi ogarnięcie swoich, czterech kątów po prawie tygodniowym uczeniu się. Później przyjdzie córka mojego kuzyna i w końcu wezmę się za napisanie pracy zaliczeniowej.

Ale to nie wszystko: w piątek, w kuchni mojego J. udało mi się ugotować bardzo dobry makaron ze szpinakiem i fetą. I choć dopiero drugi raz robiłam to danie (niezwykle proste i szybkie) – to wyszło ono bardzo smaczne.

Makaron ze szpinakiem
2 szklanki makaronu
1/2 op. mrożonego szpinaku
1/2 serka feta
1 op. jogurtu greckiego
3 ząbki czosnku
sól, pieprz do smaku

Przygotowanie: Na patelnię wlewamy łyżkę oliwy i dodajemy wyciśnięty przez praskę czosnek (należy to robić na małym ogniu, gdyż czosnek lubi się przypalać). Następnie dodajemy kulki szpinaku (ok. 1/2 opakowania) i często mieszamy. Gdy szpinak zacznie się rozmrażać dodajemy 2 łyżki wody. Gdy szpinak się rozmrozi, doprawiamy i dusimy przez około 5 minut; w międzyczasie gotujemy makaron al dente. Następnie dodajemy fetę pokrojoną w kostkę oraz jogurt grecki – wszystko razem mieszamy i dusimy przez kolejne 5 minut. Ugotowany makaron wsypujemy na patelnię i wszystko razem mieszamy.

Sesyjnie

I już po… Było dużo strachu przed tym wszystkim, ale jakoś przez to przebrnęłam; teraz tylko pozostało mi tylko czekanie na wyniki. Wydaje mi się, że uzbieram odpowiednią ilość punktów potrzebnych do zaliczenia.

Jutro kurs dodatkowy z diagnozy dzieciaczków; ale jadę razem z J., i choć będzie trochę mało czasu, to gdzieś się wybierzemy. Bynajmniej będę miała towarzysza podróży, i będzie mi raźniej, i co najważniejsze nie prześpię swojej stacji (o mały włos nie zrobiłam tego dzisiaj).

Weekend pomimo totalnego zabiegania i „zawirowania” jak najbardziej kulinarny: pojawiły się nowe dania i pewne eksperymenty starych przepisów. Lubię tak na spokojnie i bez pośpiechu pogotować.

Udanej niedzieli!

Uff!

Uff… Jestem. Dziwne to było, kilka dni bez Internetu – co gorsza, przed sesją, więc wymiana materiałami do egzaminu była ograniczona. Ale nic – powoli ogarniam pocztę, materiały, i facebook’a.

To będzie ciężki tydzień… Niby tylko jeden egzamin, we wcześniejszych latach miewałam więcej; ale prace zaliczeniowe się piętrzą, i nie chcą się same napisać – a szkoda. Generalnie nie jest źle: zostały mi do przeprowadzenia dwa wywiady z rodzicami, do tego jeszcze opinia, i takie tam. Wiem jedno: oby przetrwać do końca miesiąca! A nawet nie, wystarczy do 22 lutego, wtedy wyjeżdżamy z Osobistym do Gniezna na kilka dni. Tak sobie właśnie myślę, że 20 miną dokładnie 3 lata od naszej pierwszej randki. Heh… to są wspomnienia :)

Byle jak…

Zamknąć się gdzieś na cztery spusty, i być zwyczajnie niedostępnym dla nikogo. Choć na chwilę, na jeden dzień. Wszystko jest jakieś takie… po prostu beznadziejne. Szkoda, że nie ma takiej czapeczki nie-widki, że gdy ją założę to zniknę na chwilę; lub dwie.

Pomarzyć można…

Po prostu cudo!

Mam dosłownie pięć minut, więc piszę. Czy kiedykolwiek wspominałam o tym, że interesuję się fotografią i robieniem zdjęć. Pewnie nie, bo nie było ku temu okazji. Dziś – pochłonięta jak co dzień „domową rutyną” wyjrzałam przez okno, a tam? Sami spójrzcie.

Po prostu cudo! Nie czekałam zbyt wiele, i poleciałam po aparat i uwieczniłam ten piękny widok. Kiedyś był taki czas, że nie rozstawałam się na dłużej z aparatem – dziś wyraźnie mi tego brakuje.

I tym miłym akcentem życzę miłego weekendu!
Mój tradycyjnie uczelniany. :)

P.s. Dla takich widoków warto żyć. :)

Na walizkach

Kolejny weekend minął mi na walizkach: najpierw dotarcie do uczelnianego miasta, potem do J., i w końcu powrót do domu – chociaż i tak dzisiaj było nawet fajnie, bowiem wracałam TLK i praktycznie po ponad trzech godzinach byłam w domu.

Czasami mam już serdecznie dosyć tego ciągłego pakowania, prania, przepakowywania – i jeżdżenia „wte i wewte”. No ale nic, jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć i B, i C, i tak do końca alfabetu.

Ostatnio dużo rozmyślam o swoim życiu: o tym, co mnie spotkało i ma zamiar jeszcze spotkać. Cieszę się z tego, że mam obok siebie J., który wspiera mnie na każdym kroku – dobrze jest mieć takich ludzi wokół siebie.

Przede mną kolejny ciężki tydzień i wiele spraw do załatwienia, ale jakoś trzeba dać radę z tym wszystkim. Co prawda sporo tego wszystkiego, ale trzeba być dobrej myśli.

Miłego tygodnia !

Zagubiony kolczyk

Czasami z pozoru błahe sytuacje powodują, że przypominamy sobie pewne zdarzenia z przeszłości. I tak było dzisiaj w moim przypadku. Dosłownie przed chwilą, pakując torbę na weekend postanowiłam znaleźć jakieś kolczyki na jutrzejszy dzień – bo część jest u mojego J. i „wala” się pomiędzy kuchnią, łazienką, a pokojem. I znalazłam. Ten jeden, długi, srebrny kolczyk, który mi pozostał. Bo drugi, zaginął gdzieś w akcji na jednym z trójmiejskich peronów. Gdy siedziałam już tamtego dnia w pociągu, jeden życzliwy Pan zwrócił mi uwagę, że w uchu znajduje się tylko jeden.

Wokół tych kolczyków kręciłam się chyba ze cztery razy zanim je kupiłam: bo długie, nie praktyczne, bo gdzie będę je nosić. A były… piękne. Gdy miałam rozpuszczone włosy, cudnie mieniły się w słońcu.

Z kolczykami jest jeszcze jedna historia. W dniu od kiedy jestem razem z J. dostałam od niego spóźniony prezent urodzinowy – biżuterię, wśród niej były piękne fioletowe kolczyki. I kiedyś biegnąc po schodach (oczywiście na peron!) spadł mi jeden – i pękł. W chwili obecnej znajduje się on u J. w kuchni, na parapecie, w czarnym pudełeczku; zaś drugi kolczyk jest schowany u mnie w biurku.

I choć nigdy nie założę już ani tych srebrnych, ani fioletowych kolczyków – to trzymam „pozostałości” po nich na pamiątkę. Tak sobie właśnie myślę, że dwa lata temu miałam takie motyle w brzuchu, że mogłam góry przenosić. A dziś? Kocham i jestem kochana.

Ale dość tego pisania. Jutro mam kolokwium i trzeba się ogarnąć do końca – jakkolwiek to brzmi. W końcu nikt tego za mnie nie napiszę – a szkoda…

Udanego weekendu!

Home

Jestem już w domu. Cała  podróż trwała równe cztery godziny, z czego oczywiście część czasu „przekimałam” w pociągu, żeby odespać wczesną pobudkę. Uczelniane weekendy wykańczają mnie, nie tylko pod względem całodziennych zajęć, trwających od rana do wieczoru, ale także pod względem wczesnego wstawania. Jeszcze trochę(…), najtrudniejszy okres przede mną: do końca stycznia mam do zdania cztery kolokwia, co prawda egzamin mam tylko jeden, ale mam kilka prac do oddania na zaliczenie.

Wczorajsza, spontaniczna rozmowa z J. spowodowała, że jestem(…) dziwnie spokojna. Dobrze było spędzić ze sobą ponownie kilka dni pod rząd, bo trudny jest ten czas, gdy nie jesteśmy razem…

Najpiękniejsze wykonanie, jakie kiedykolwiek słyszałam…

T. Karolak: Zabiorę Cię…

Przeznaczenie?

Rozmawiając ostatnio z moim J. doszłam do wniosku, że gdyby żadne z nas kilka lat temu nie założyło konta na jednym z portali – nie byłoby ani naszego związku, ani naszej miłości. Niby taka błaha sprawa – kilka kliknięć, parę słów, i tyle.
Jedno jest pewne: nigdy nie zapomnę, gdy z niepewnością sprawdzałam skrzynkę odbiorczą, czy przypadkiem „już” nie odpisał. Jak podczas pier

Rozmawiając ostatnio z moim J. doszłam do wniosku, że gdyby żadne z nas kilka lat temu nie założyło konta na jednym z portali – nie byłoby ani naszego związku, ani naszej miłości. Niby taka błaha sprawa – kilka kliknięć, parę słów, i tyle.

Jedno jest pewne: nigdy nie zapomnę, gdy z niepewnością sprawdzałam skrzynkę odbiorczą, czy przypadkiem „już” nie odpisał. Jak podczas pierwszej nocy na stancji, rozmawiając z obecną bratową logowałam się przez komórkę do internetu i wysłałam do Niego e-mail, a w odpowiedzi dostałam Jego numer telefonu. I wtedy się zaczęło: dziesiątki esemesów dziennie, spontaniczny telefon, aby usłyszeć Jego głos. A potem? Spotkaliśmy się po raz pierwszy, w moim studenckim mieście, po poprawkowym egzaminie z psychologii rozwoju. Od tamtego czasu potrafiliśmy rozmawiać godzinami przez telefon. Pamiętam jak J. opowiadał mi, co widzi z akademickiej kuchni za oknem; jak chodził po akademiku i szukał spokojnego miejsca, aby porozmawiać. Po nie całych dziesięciu miesiącach spędziliśmy wspólnego Sylwestra, i od tamtej pory jesteśmy razem. I co najważniejsze: nie zapomnę nigdy tego uczucia, gdy przytulił mnie po raz pierwszy – wiem jedno, poczułam się wtedy bezpiecznie i chciałam, aby czas stanął w miejscu.

Nie wiem jak wyglądałoby moje życie gdybym kilka lat temu nie założyła tamtego konta, i gdybym nie odpisała na wiadomość mojego J. Gdy myślę o sobie z okresu „przed” to mam wrażenie, jakbym była zupełnie inną osobą, kimś innym. Wiem jedno, aby spotkać na swojej drodze J. musiałam długo szukać; i cieszę się, że w końcu znalazłam, bo dzięki temu jestem szczęśliwa.

Dwa lata temu zakochiwaliśmy się w sobie nawzajem, a dziś? Po cichu myślimy o założeniu rodziny i planujemy Naszą przyszłość. Tak sobie myślę, że to wszystko, co wydarzyło się w moim życiu, miało się wydarzyć po to, abyśmy mogli się spotkać i być razem.

Bezsennie

Nie mogę spać. Leże w łóżku od ponad godziny, i choć zamykam oczy próbując za wszelką cenę zasnąć – nic mi z tego nie wychodzi. Nie lubię tego stanu, kiedy leżę w ciemnościach, a po mojej głowie krążą różne wspomnienia i myśli. To nie jest dobry moment na analizy, i rozstrzyganie pewnych spraw.

45 minut później(…)

Nie wiem w jakim celu to zrobiłam, to kilka niepotrzebnych kliknięć spowodowało, że powróciłam do tych miejsc, do których nie chciałam wracać. I to nie jest kwestia tego, że żałuję – bo tak nie jest.  Powróciły spojrzenia, które z jednej strony wywołują uśmiech na mojej twarzy, a z drugiej strony powodują, że w moich oczach pojawiają się łzy.

Gdy myślę o sobie z tamtego okresu swojego życia, nasuwa mi się tylko jeden wniosek – byłam zupełnie innym człowiek. Byłam… po prostu inna. Przez te ostatnie lata naprawdę się zmieniłam, mogę się jedynie domyślać, że duży wpływ miał na to Osobisty: wyciszyłam się, uspokoiłam i … złagodniałam?

Chcę już zasnąć i nie myśleć o tym wszystkim.