Na wariackich papierach

Końcówka maja i początek czerwca to zwariowany okres: wiele spraw do załatwienia, wiele rzeczy do zrobienia, i kilka prac do napisania. Jednakże w między czasie był długi weekend majowy… Tfu… majowo – czerwcowy, który spędziłam z moim bratankiem. Michaś ma osiem miesięcy i jest taki słodki, i wiecznie uśmiechnięty, że każda chwila spędzona z Nim to sama przyjemność.

Przede mną, w najbliższy weekend czeka mnie wesele u siostry mojego J., trochę się stresuję, bo poznam Jego rodzinę (tę część, której nie znam), więc wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Nie wiem zarówno, co zrobię z włosami oraz jak się pomaluję. Myślałam o czym tradycyjnym… Ciemna kreska, jasny cień… I pomadka ciemniejsza, ale oczywiście na kilka dni przed weselem nagle okazuje się, że eyeliner, który miał być rzekomo wodoodporny, po około dwóch godzinach zaczyna się strasznie kruszyć. No ale nic… Będzie trzeba coś wymyślić innego. A z włosami? To co? Upiąć do góry z przodu, i tył zostawić rozpuszczony? Czy może prostować? Nie wiem…

Swoją drogą to… robiłam ostatnio rozeznanie odnośnie sal weselnych; i się załamałam. Albo ceny wysokie i praktycznie nic ciekawego… Albo ceny w sam raz, a noclegi takie, że po prostu za głowę można się złapać… Tak wiem… Jeszcze się nie zaręczyliśmy :-) Ale jeżeli, po cichu planujemy ślub na przyszły rok, to trzeba się dowiedzieć co nie co.

Ale nic… Tymczasem znikam, bo muszę się spakować…
Jutro wyjazd…

Analitycznie

Lubię ten stan, kiedy na spokojnie rozmawiamy z J. o naszej przyszłości i zwyczajnie robimy plany: rozmawiając o remontach, planach, zakupach, rzeczach mniej i bardziej ważnych… I choć wiem o tym, że bardzo chcielibyśmy mieć dzidziusia to nie wiadome jest to, czy nam się to uda. Niektórzy mówią, że chcieć to móc, ale nie zawsze życie jest takie proste…

Kruchość życia

Wszystko potoczyło się bardzo szybko: najpierw wykrycie choroby, potem nieudane leczenie, i w końcu to, o czym nikt na początku nie myślał – śmierć. Najgorszy jednak był ten końcowy okres, kiedy to rodzina czekała na tą ostateczną informację. Straszne jest to, w jak szybkim tempie zmienia się ludzkie życie: jednego dnia rozmawia się jeszcze z rodziną, a drugiego już nie ma danej osoby…

Wczoraj byłam na pogrzebie wujka. Przez kilka ostatnich miesięcy męczył się z rakiem. Leczenie, którym był objęty – to tak jakby w ogóle go nie było… Być może to i okrutne, ale bynajmniej teraz się nie męczy…

Pomajówkowy misz-masz

To był kulinarny tydzień. I choć czas biegł nieubłaganie szybko, znalazłam chwilę na to, aby choć trochę pogotować i upichcić coś smacznego dla mojego J. W między czasie wyskoczyliśmy nad morze, gdzie „przewiało” mnie tak, że kuruję się do tej pory, znalazł się czas na długie rozmowy, spacery oraz oglądanie Dr House’a. I tym oto sposobem była to udana majówka (pomimo choroby), bowiem w końcu spędziliśmy ze sobą odpowiednią ilość czasu, aby nacieszyć się sobą, na spokojnie porozmawiać i spędzić ze sobą więcej chwil, aniżeli podczas moich zjazdów uczelnianych.

To, co tworzyłam w przeciągu kilku ostatnich dni w „mojej przyszłej kuchni” spowodowało, że w chwili obecnej mam ochotę na eksperymentowanie w kuchni. Zrobiłam swój pierwszy krem marchwiowo-brokułowy, cykoriowe łódeczki z różnymi nadzieniami, sałatkę brokułową i najprostszą pod słońcem sałatę z smażonym kurczakiem i mozzarellą.

A teraz powrót do rzeczywistości, i choć ciężko będzie to trzeba to wszystko ogarnąć. Ten tydzień będzie intensywny, weekend znowu uczelniany, a w piątek ma się rozwiązać sprawa, która wywołuje u mnie problemy ze snem.

Udanego tygodnia!

O muzyce (…)

Są piosenki. Są ludzie. I są wspomnienia. Czasami lepsze, czasami gorsze. Gdy w ostatnim czasie aktualizowałam listy muzyczne w komórce, odnalazłam piosenki, o których na pewien sposób zapomniałam, bądź zwyczajnie omijałam podczas słuchania. W ten sposób wróciły pewne wspomnienia, i stare sprawy, o których niekoniecznie chcę w tym momencie myśleć. Ale nic… Prócz piosenek zmuszających do refleksji nie tylko nad własnym życiem, są i takie, które wywołują uśmiech na mojej twarzy.
Jednak w większości jest tak, że jakaś piosenka kojarzy się z konkretnym etapem w moim życiu, z konkretnymi sprawami/problemami, ludźmi i sytuacjami. I w ten oto sposób pamiętam, że przy tej piosence siedziałam z Olgą przed recepcją w Uroczysku, i paląc, popijałyśmy piwo. Pamiętam noc spędzoną pod gołym niebem przy padokach wraz z daleką kuzynką i pyszną wódeczką. Kurs prawa jazdy i pseudo-szarmanckiego Instruktora. Wszystkie etapy studiowania. Pseudo-związki, zauroczenia, i inne duperele. Pamiętam, którą piosenkę słuchałam, gdy jechaliśmy z J. na Naszego pierwszego wspólnego sylwestra. I chwilę potem, gdy już byliśmy razem. Gdy się kłóciliśmy. Godziliśmy. Spędzaliśmy wspólnie czas.
Takich piosenek jest bardzo dużo. A z każdą z nich wiąże się jakaś historia. Czasami… tak zupełnie abstrahując oczywiście – zastanawiam się nad piosenką do pierwszego tańca na Naszym ślubie. I nie wiem. Po prostu nie wiem. :)
A Wy macie jakieś piosenki, do których lubicie wracać? Czego obecnie słuchacie? Obecnie zasłuchuję się w „Falling Slowly” Once – po prostu cudna.

Miłego weekendu!

P.s. Jest z powrotem wyrównanie do prawej i lewej! :)

Zagubiony kolczyk

Czasami z pozoru błahe sytuacje powodują, że przypominamy sobie pewne zdarzenia z przeszłości. I tak było dzisiaj w moim przypadku. Dosłownie przed chwilą, pakując torbę na weekend postanowiłam znaleźć jakieś kolczyki na jutrzejszy dzień – bo część jest u mojego J. i „wala” się pomiędzy kuchnią, łazienką, a pokojem. I znalazłam. Ten jeden, długi, srebrny kolczyk, który mi pozostał. Bo drugi, zaginął gdzieś w akcji na jednym z trójmiejskich peronów. Gdy siedziałam już tamtego dnia w pociągu, jeden życzliwy Pan zwrócił mi uwagę, że w uchu znajduje się tylko jeden.

Wokół tych kolczyków kręciłam się chyba ze cztery razy zanim je kupiłam: bo długie, nie praktyczne, bo gdzie będę je nosić. A były… piękne. Gdy miałam rozpuszczone włosy, cudnie mieniły się w słońcu.

Z kolczykami jest jeszcze jedna historia. W dniu od kiedy jestem razem z J. dostałam od niego spóźniony prezent urodzinowy – biżuterię, wśród niej były piękne fioletowe kolczyki. I kiedyś biegnąc po schodach (oczywiście na peron!) spadł mi jeden – i pękł. W chwili obecnej znajduje się on u J. w kuchni, na parapecie, w czarnym pudełeczku; zaś drugi kolczyk jest schowany u mnie w biurku.

I choć nigdy nie założę już ani tych srebrnych, ani fioletowych kolczyków – to trzymam „pozostałości” po nich na pamiątkę. Tak sobie właśnie myślę, że dwa lata temu miałam takie motyle w brzuchu, że mogłam góry przenosić. A dziś? Kocham i jestem kochana.

Ale dość tego pisania. Jutro mam kolokwium i trzeba się ogarnąć do końca – jakkolwiek to brzmi. W końcu nikt tego za mnie nie napiszę – a szkoda…

Udanego weekendu!

Przeznaczenie?

Rozmawiając ostatnio z moim J. doszłam do wniosku, że gdyby żadne z nas kilka lat temu nie założyło konta na jednym z portali – nie byłoby ani naszego związku, ani naszej miłości. Niby taka błaha sprawa – kilka kliknięć, parę słów, i tyle.
Jedno jest pewne: nigdy nie zapomnę, gdy z niepewnością sprawdzałam skrzynkę odbiorczą, czy przypadkiem „już” nie odpisał. Jak podczas pier

Rozmawiając ostatnio z moim J. doszłam do wniosku, że gdyby żadne z nas kilka lat temu nie założyło konta na jednym z portali – nie byłoby ani naszego związku, ani naszej miłości. Niby taka błaha sprawa – kilka kliknięć, parę słów, i tyle.

Jedno jest pewne: nigdy nie zapomnę, gdy z niepewnością sprawdzałam skrzynkę odbiorczą, czy przypadkiem „już” nie odpisał. Jak podczas pierwszej nocy na stancji, rozmawiając z obecną bratową logowałam się przez komórkę do internetu i wysłałam do Niego e-mail, a w odpowiedzi dostałam Jego numer telefonu. I wtedy się zaczęło: dziesiątki esemesów dziennie, spontaniczny telefon, aby usłyszeć Jego głos. A potem? Spotkaliśmy się po raz pierwszy, w moim studenckim mieście, po poprawkowym egzaminie z psychologii rozwoju. Od tamtego czasu potrafiliśmy rozmawiać godzinami przez telefon. Pamiętam jak J. opowiadał mi, co widzi z akademickiej kuchni za oknem; jak chodził po akademiku i szukał spokojnego miejsca, aby porozmawiać. Po nie całych dziesięciu miesiącach spędziliśmy wspólnego Sylwestra, i od tamtej pory jesteśmy razem. I co najważniejsze: nie zapomnę nigdy tego uczucia, gdy przytulił mnie po raz pierwszy – wiem jedno, poczułam się wtedy bezpiecznie i chciałam, aby czas stanął w miejscu.

Nie wiem jak wyglądałoby moje życie gdybym kilka lat temu nie założyła tamtego konta, i gdybym nie odpisała na wiadomość mojego J. Gdy myślę o sobie z okresu „przed” to mam wrażenie, jakbym była zupełnie inną osobą, kimś innym. Wiem jedno, aby spotkać na swojej drodze J. musiałam długo szukać; i cieszę się, że w końcu znalazłam, bo dzięki temu jestem szczęśliwa.

Dwa lata temu zakochiwaliśmy się w sobie nawzajem, a dziś? Po cichu myślimy o założeniu rodziny i planujemy Naszą przyszłość. Tak sobie myślę, że to wszystko, co wydarzyło się w moim życiu, miało się wydarzyć po to, abyśmy mogli się spotkać i być razem.

Bezsennie

Nie mogę spać. Leże w łóżku od ponad godziny, i choć zamykam oczy próbując za wszelką cenę zasnąć – nic mi z tego nie wychodzi. Nie lubię tego stanu, kiedy leżę w ciemnościach, a po mojej głowie krążą różne wspomnienia i myśli. To nie jest dobry moment na analizy, i rozstrzyganie pewnych spraw.

45 minut później(…)

Nie wiem w jakim celu to zrobiłam, to kilka niepotrzebnych kliknięć spowodowało, że powróciłam do tych miejsc, do których nie chciałam wracać. I to nie jest kwestia tego, że żałuję – bo tak nie jest.  Powróciły spojrzenia, które z jednej strony wywołują uśmiech na mojej twarzy, a z drugiej strony powodują, że w moich oczach pojawiają się łzy.

Gdy myślę o sobie z tamtego okresu swojego życia, nasuwa mi się tylko jeden wniosek – byłam zupełnie innym człowiek. Byłam… po prostu inna. Przez te ostatnie lata naprawdę się zmieniłam, mogę się jedynie domyślać, że duży wpływ miał na to Osobisty: wyciszyłam się, uspokoiłam i … złagodniałam?

Chcę już zasnąć i nie myśleć o tym wszystkim.

O czytaniu

Czy znacie to uczucie, kiedy z wyczekaniem czekacie na kuriera, który ma przywieść Wam wyczekaną przesyłkę? Myślę, że tak. Od tygodnia czekałam na paczkę z wydawnictwa, w której przyszły książki – dla mnie oraz Osobistego. W moim przypadku tradycyjnie padło na J.L. Wiśniewskiego Zespoły napięć oraz na dodatek w postaci J.D. Bujak Spadku, o którym słyszałam wiele dobrych opinii. Osobisty natomiast wybrał swojego Pratcheta – i każdy z nas jest zadowolony. Teraz czekamy już tylko na paczkę z drugiego wydawnictwa, również z książkami (myślę, że powinna przyjść jutro).

Swoją drogą, ubiegły rok obfitował w kupowanie książek. Wraz z Osobistym, według moich szybkich kalkulacji kupiliśmy chyba z 30 książek (!) Zresztą, co tu dużo pisać, cieszę się bardzo, że w ubiegłym roku ponownie wróciłam do czytania.  Swoją drogą, każde z Nas czyta zupełnie inną literaturę, i jeszcze nie zdarzyło się coś takiego, abyśmy obydwoje przeczytali jedną książkę.

Wiem jedno: styczeń jest dla mnie trudnym miesiącem i ciężko będzie mi się powstrzymać od tego, by nie sięgnąć na półkę po świeżą książkę Wiśniewskiego, która ma przyjść jutro. A teraz? Czas zabrać się w końcu za recenzję książki na studia…

Zrobimy pierniki ?

Jest jeden mały człowiek na tym świecie (w sumie to już nie taki mały), który regularnie co roku w okolicy świąt Bożego Narodzenia przybiega do mnie i z iskierkami w oczach pyta się kiedy będziemy robić pierniki. I choć rodzice tego dziecka, rzetelnie rok w rok bronią się nogami i rękoma przed robieniem pierników: „bo za dużo pracy”, „bo będzie bałagan”, „bo trzeba posprzątać” – to ze względu właśnie na tego małego człowieka co rok zagniatam ciasto, by potem przy dźwiękach kolęd wycinać pierniki.

I to jest taki nasz czas. Mój i tego małego człowieka. Serce mi rośnie, gdy każdemu mówi, że co roku razem ze mną robi te pierniki. A gdy ostatnio usłyszałam, że te pierniki to już nasza taka tradycja świąteczna, to zaczęłam zastanawiać się nad tym, co będzie, gdy się wyprowadzę, i założę własną rodzinę? Wiem o tym, że choćby miał być koniec świata, mama tej dziewczynki i tak nie zrobi pierników…

- Ciociu, a jak Ty już będziesz stara i nie będziesz w stanie zrobić pierników, to ja je zrobię i przywiozę Tobie i wujkowi J.

I dla takich chwil warto żyć.

Krok do przodu

Dziś ostatni dzień, kiedy mam 26 lat. Już jutro, a raptem za kilka godzin będę starsza. Czy zmieniłam się przez ostatni rok? Pewnie tak, ale czy na plus, czy na minus – to już nie mi oceniać. Słucham Gadowskiego i myślę o swoim życiu: co było, co jest, i co będzie. Ostatnio zdarzały mi się takie dni, że myślami wracałam do swojej przeszłości, schowanej gdzieś głęboko w najdalej oddalonych zakamarkach pamięci. Czy dobrze było powspominać dawne czasy? Z jednej strony pewnie i tak, gdy myślami wracało się do okresu, gdy żyło się beztrosko, bez większych problemów; a z drugiej strony biorąc pod uwagę bardziej te negatywne czynniki i wspomnienia, to w sumie dobrze było, przeżyć coś, dzięki czemu znajduje się obecnie w takiej, a nie innej sytuacji, i mam wokół siebie te osoby, które są dla mnie ważne.

Są piosenki. Są ludzie. I są wspomnienia.
A ja? Cieszę się, że jestem w związku, w którym kocham i jestem kochana.

IRA – Ona i On

I like it !

To był szczęśliwy dzień. I nie tylko jeden, a nawet kilka. Zresztą, co tu dużo mówić? Czego można chcieć więcej od życia, jeżeli można spędzić bez pośpiechu kilka chwil z ukochaną osobą? Beztrosko poleżeć, porozmawiać, pożartować, pośmiać się czy nawet zwyczajnie popłakać? Ze spokojem ugotować wspólny obiad, zjeść razem śniadanie, zrobić zakupy. Być ze sobą, tak po prostu.

A dziś? Dziś byliśmy w kinie na filmie, zaś na sali łącznie z nami było pięć osób – chyba polubię seanse w środku tygodnia, do południa: można się pośmiać, pokomentować nie patrząc na złowrogie spojrzenia sąsiadów. Był też pyszny obiad, spacer i herbata, w miejscu, gdzie byliśmy na pierwszej randce. I było dziś tak wspomnieniowo-romantycznie, że teraz, gdy myślę o tym wszystkim, to aż mi się miło robi na sercu (…)

Analitycznie (5)

Pomimo tego, że wiele się ostatnio działo i nie były to sprawy wywołujące uśmiech na mojej twarzy – to dziś się uśmiechnęłam (świadomie). I jest mi z tym bardzo dobrze.

…, bo czy jest lepszy sposób na smutki niż dzień spędzony ze swoim mężczyzną? Na rozmowach ważnych, i mniej ważnych dotyczących wspólnej przyszłości, i nie tylko? Żadne mrożone jogurty, zakupy i pyszne czekoladki nie przyniosły mi tyle radości jak dzisiejszy dzień: przepełniony przytulaniem, rozmowami o „naszym domku” i tym co będzie.

I tak sobie myślę, że jestem szczęściarą, że spotkałam w swoim życiu, kogoś takiego jak mój J. (…), bo On jest już tylko mój. Na zawsze. Tylko jeszcze o tym nie wie. :)

Offline

Dzisiaj mam taki dzień, że najchętniej to wyjęłabym butelkę wina, zapaliła papierosa i zaczytała się w literkach Wiśniewskiego. A wszystko po to, aby móc przez chwilę nie myśleć o słowach, które ciągle są w mojej głowie. Jest mi dziś cholernie smutno, i bardzo źle. Tak źle, że gdybym tylko mogła to weszłabym w tryb offline i omijała ludzi dalekim łukiem. Nie codziennie człowiek dowiaduje się, że nie będzie mógł nosić pod sercem żadnego maleństwa – gdyby ktokolwiek wiedział, jak świadomość tego wszystkiego boli.

Bardzo lubiłam swojego lekarza: za wiedzę, za doświadczenie… a teraz? Teraz mam do niego żal, że nie przekazał mi tej wiadomości w inny sposób.

Analitycznie (4)

Wczoraj zaczęłam pisać nowy post: pełen optymizmu, nadziei na przyszłość, napełniony po brzegi wewnętrznym ciepłem i harmonią, której potrzebuję, aby normalnie funkcjonować. A dzisiaj? Dziś po prostu mam gorszy dzień. Jeden z tych, w których najchętniej ukryłabym się przed całym światem pod ciepłym kocem, z kubkiem smacznej, aromatycznej herbaty i kartonikiem chusteczek. Ale nie ma takiej możliwości, aby móc wprowadzić się w tryb offline tak jak w Internecie i za jednym kliknięciem wylogować się z życia. Codzienność jest inna: trzeba założyć uśmiech nr 36 i udawać, że jest się zadowolonym z życia i wszystko układa się po Twojej myśli.

Dziś był taki dzień, który najchętniej spędziłabym w błękitnej piżamie, bamboszach, pod ciepłym zielonym kocykiem, z pyszną malinową herbatą, i ze swoimi myślami. Sam na sam. Bez makijażu i sztucznego uśmiechu przyklejonego do twarzy, bez kłamstw rzucanych na prawo, i lewo, że wszystko jest cudne, super, och i ach. Gdyby nie było dzisiaj święta pewnie wymigałabym się od rodzinnego spotkania studiami, zjazdem, czy czymkolwiek, ale niestety tak nie było. Kłamałam. Na prawo. Na lewo. I wprost.

A teraz? Pozapalałam sobie świeczki, włączyłam muzykę (klik) i pijąc herbatę – analizuję. Znowu! Nie lubię tego niepokoju, dysharmonii oraz niepewności. Ale trzeba żyć dalej (…)

Analitycznie, i nie tylko

Wróciłam do domu po kilku dniowej nieobecności spowodowanej zajęciami na studiach i chęcią spędzenia kilku chwil z moim Osobistym Mężczyzną. Bardzo lubię ten czas, kiedy spokojnie możemy pójść na spacer, spędzić leniwie popołudnie rozmawiając o sprawach ważnych i mniej ważnych, porozwiązywać krzyżówki, a nawet zwyczajnie pomilczeć. I choć wspólnych chwil jest bardzo mało, nie tyle ile byśmy chcieli, to każdy spędzony wspólnie dzień jest dla nas tak ważny. Wtedy wszystko jest inne, i herbata smakuje inaczej, i kakao robione późnym wieczorem bardziej rozgrzewa niż zazwyczaj.

Jednakże najprzyjemniejsze mimo wszystko są rozmowy o Naszej przyszłości, i choć temat dla niektórych błahy, dla mnie jest bardzo ważny oraz istotny. Nawet jeżeli człowiek obawia się jakiś zmian w swoim życiu, i nigdy nie ma całkowitej pewności odnośnie tego, co będzie za kilka lat (nie chodzi oczywiście o brak pewności związany z tym, czy się chce spędzić z daną osobą resztę życia).

Siedzę i popijając herbatę z malinami i kardamonem słucham Hanny Banaszak; i myślę. Rozmyślam o swoim Osobistym. O Naszym związku trwającym prawie dwa lata. I choć tak naprawdę w odniesieniu to całego życia, dwa lata to zaledwie kilka ziarenek piasku, mam wrażenie jakbyśmy byli ze sobą znacznie dłużej. Lubię ten stan kiedy myślę o Nas i o Naszej przyszłości, czuję się wtedy dobrze ze swoimi myślami. Wiadomo jak to w związku pomiędzy dwojgiem ludzi – bywa różnie: są chwile dobre, i te nieco gorsze, ale po prostu trzeba je jakoś przetrwać. Kiedyś, kilka ładnych lat temu na pierwszych, a nawet chyba i na drugich studiach często rozmawialiśmy o przeznaczeniu, i choć wtedy wydawało mi się, że coś takiego nie istnieje, to dziś jestem innego zdania. Być może dla jednych może to brzmieć trywialnie, ale każdy ma prawo do swojego zdania. A gdy tak sobie myślę o tym wszystkim, co działo się wcześniej, to dochodzę do wniosku, że tak widocznie musiało być; że pewne rzeczy musiały się wydarzyć, abym mogła być szczęśliwa na swój własny, indywidualny sposób.

Jest jeszcze coś o czym ostatnimi czasy często myślę. Kilka tygodni temu Mój Mężczyzna zaprowadził mnie na pewną piękną, magiczną działkę z cudnym sadem. I gdy wtedy, wczesnym wieczorem zobaczyłam te wszystkie jabłonie i czułam zapach zbliżającej się jesieni – wpadłam po same uszy. Jeżeli jest to w jakikolwiek możliwe i można zakochać się w kawałku ziemi – to się zakochałam na zabój.

H. Banaszak „W moim magicznym domu”

Styczniowy smutek…

Zbyt wiele smutku w mojej codzienności…

Śmierci i pogrzebów również. W przeciągu sześciu ostatnich miesięcy zmarło trzech moich sąsiadów (ostatni w tym miesiącu), a kilka dni temu chłopiec, który mieszka ode mnie dwa, może trzy domy dalej… Był młody, miał 18 lat… Owszem chorował, i to poważnie: miał wiele zaburzeń rozwojowych, do tego epilepsja i dziesiątki innych chorób. Jeździł na wózku inwalidzkim.
Byłam dzisiaj na pogrzebie… Nie lubię pogrzebów…
Zawsze się rozklejam i płaczę, nawet jeżeli byłaby to obca osoba dla mnie…
Dzisiaj też płakałam…
I to nie tylko ze smutku, że zmarł młody człowiek…
Ale również z powodu śmierci mojego Taty, i nie tylko…
Z powodów prozaicznych w porównaniu ze śmiercią…
Płakałam, …, bo miałam wymówkę, aby płakać..
Gdyby tylko…
Smutno mi…
www.ilubaczow.pl

Spokoju mi brak

Smutno mi, i cholernie ciężko dzisiejszego dnia.
Słucham Kowalskiej i dobijam samą siebie myślami. 

…, bo gdybym mogła zrobić cokolwiek to… ale nie mogę!

Do jasnej Anielki – nie mogę !!!

…, bo gdybym mogła to potrząsnęłabym całym Światem,
ale tego również nie mogę zrobić !

Źle mi z własnymi myślami,
i z tym cholernym smutkiem !
Ale co mam zrobić ?!

Jestem wykończona – wszystkim !
Smutkiem, ciągłym zmęczeniem, niewyspaniem.
Hormonami: jednych zbyt wiele, drugich za mało;
czuję się jak chodząca bomba zegarowa !

A na koniec – Uroczyskowe zdjęcie…
Spokoju mi brakuje…

Miewała takie momenty w swoim życiu,
że najchętniej założyłaby czarodziejską czapeczkę, i zniknęła.