Zaręczyny

Ostatni weekend był pełen emocji: wesele siostry J., poprawiny i – najważniejsza część jak dla mnie, Nasze zaręczyny. W najmniej spodziewanym się momencie J. klęknął przede mną, z pięknym pierścionek w swoich dłoniach, i zapytał się mnie, czy zostanę Jego żoną. Oczywiście – popłakałam się, i nie mogłam uwierzyć w to, co się stało… I choć zaczęliśmy wszystko nie od tej strony, to teraz wszystko jest na odpowiednim miejscu.

I było cudnie…

Kruchość życia

Wszystko potoczyło się bardzo szybko: najpierw wykrycie choroby, potem nieudane leczenie, i w końcu to, o czym nikt na początku nie myślał – śmierć. Najgorszy jednak był ten końcowy okres, kiedy to rodzina czekała na tą ostateczną informację. Straszne jest to, w jak szybkim tempie zmienia się ludzkie życie: jednego dnia rozmawia się jeszcze z rodziną, a drugiego już nie ma danej osoby…

Wczoraj byłam na pogrzebie wujka. Przez kilka ostatnich miesięcy męczył się z rakiem. Leczenie, którym był objęty – to tak jakby w ogóle go nie było… Być może to i okrutne, ale bynajmniej teraz się nie męczy…

Święta, święta, i po świętach!

Pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych spędziłam w rodzinnym domu, przyjechał brat z rodziną – i spokojnie mogłam sobie pogadać z bratową, i nacieszyć się chrześniakiem. Swoją drogą, to tak sobie myślę, że na lepszą bratową nie mogłam trafić.

A teraz? Jestem u mojego J. Byliśmy dzisiaj w kinie na Syberiadzie Polskiej. I choć tyle szumu było wokół tego filmu, tyle poleceń – to mam jakiś niedosyt. Polecacie jakieś filmy?

Zmiany?

Powprowadzali jakieś zmian. Co chwilę wyskakują mi jakieś okienka. Nie wiadomo skąd pojawiają się najróżniejsze nagłówki (których nie wybieram).
Nie ma opcji justowania do prawej i lewej strony.

Nie ogarniam.

Wróciłam do domu, i zajęłam się w biegu myciem okien przed świętami, czego szczerze nienawidzę. A za kilka dni, znowu jadę do mojego J. Momentami to już mam dość tego całego kursowania w te i we wte. Ale co zrobić…

Zwariowany dzień…

Wróciłam w końcu do domu, ponownie po tygodniowej nieobecności. Odbębniłam dwa intensywne weekendy uczelniane, nadrobiłam trochę w pisaniu, i co najważniejsze: ponownie spędziłam trochę czasu z J.

Ambitnie, po nieprzespanym weekendzie, chciałam dziś pospać do wpół do ósmej. I co? Nic z tego nie wyszło, obudziłam się pomiędzy szóstą, a siódmą. Lecz pomimo tego, że miałam dość czasu na pakowanie itd. to i tak zapomniałam szczotki do włosów – tym sposobem mam nowe cudo do rozczesywania moich skołtunionych włosów.

Gdy tak sobie myślę o dzisiejszym dniu, to jestem szczęśliwa, pomimo tego, że torebka, którą kupiłam zaledwie dwa miesiące temu straciła jedno ucho i pasek, także, że J. chciał mnie wysłać do domu bez mojej torby z rzeczami.

A teraz? Czas na dalsze sprzątanie, pranie i inne rzeczy.
Miłego wieczoru!

Lutowy wyjazd

Już jestem, i napiszę jedno: to był udany wyjazd! W drodze do Gniezna, wjechaliśmy do Biskupina, zaś w drodze powrotnej do Torunia. Oczywiście wyjazd do Gniezna wykupiliśmy jakiś czas temu na Citeamie, i dziś wiem, że było warto. Choć gdy podjechaliśmy pod hotel, to nie zrobił on na nas piorunującego wrażenia, to jednak jego wnętrze i obsługa były na dobrym poziomie. Do tego były jeszcze atrakcje do wyboru: sauna, siłownia i basen.

Jednakże w Toruniu, okazało się, że pensjonat, w którym zarezerwowaliśmy pokój nie okazał się pensjonatem, a domkiem jednorodzinnym, którego właściciele oddają dwa pokoje gościom, zaś dostęp do kuchni okazał się czajnikiem w pokoju. Ale nic… wyjazd i tak zaliczmy do udanych, bo spędziliśmy trochę czasu ze sobą, pozwiedzaliśmy to, co chcieliśmy zobaczyć, i ogólnie było bardzo fajnie.

Za nie cały tydzień rozpoczynam na uczelni semestr letni, i znowu się zaczną zjazdy tydzień w tydzień, pisanie prac itd. Tymczasem znikam, i biorę się za dalsze pisanie pracy zaliczeniowej z modułu.

Pozdrawiam !


To już jutro!

Nareszcie ! Jutro z samego rana wyjeżdżamy na nasz długo wyczekiwany wyjazd. Walizki mamy spakowane, ubrania na jutro przyszykowane – czyli wszystko tak, jak być powinno. J. przyjechał dzisiaj wczesnym popołudniem, i jutro rano wstajemy około szóstej, pakujemy walizki do samochodu i wyruszamy w podróż – przed nami około 300 km, co w obecnych warunkach może jedynie świadczyć o bardzo długiej podróży.

A teraz czas na kąpiel i krótki relaks – a jutro kierunek Gniezno i Toruń.

Paranienormalnie

Około półtora miesiąca temu, z okazji rocznicy wręczyłam J. bilety na kabaret Paranienormalnych; i w ten oto sposób niedzielny wieczór spędziliśmy w bardzo miłym towarzystwie. I muszę przyznać z ręką na sercu, że pomimo tego, iż do tej pory nie lubiłam kabaretów, to bawiłam się super. Czasami (sporadycznie) oglądałam z J. na „youtubie” jakieś skecze, ale nie robiły one na mnie wrażenia; a to co miało miejsce wczoraj – to po prostu rewelacja. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak się uśmiałam jak wczoraj. Wiem jedno: choć oglądaniu kabaretów w domu nadal podchodzę sceptycznie, to takie kabarety na żywo – uwielbiam!

Wybawiłam się świetnie, i dziś już wiem, że to był najlepszy prezent jaki mogłam dać J. na rocznicę: tym bardziej, że obydwoje bawiliśmy się świetnie. Jedno jest pewne, gdy tylko trafi się taka możliwość to na pewno to powtórzymy!

Analitycznie (6)

To był dobry tydzień: przepełniony po brzegi miłością, czułością i troską o drugą osobę. Było tak zwyczajnie, codziennie i beztrosko. I nie przeszkadzało mi, że osobisty grał na PSII, czy też spał, a ja w między czasie zajmowałam się czymś zupełnie innym. Było tak zwyczajnie, każdy robił to, co chciał: grał, spał, przeglądał Internet. A wieczorami? Rozmawialiśmy, oglądaliśmy filmy i śpiewaliśmy (!) kolędy – jednym słowem było miło i przyjemnie.

I pomimo tego, że zmogła mnie choroba, w związku z czym Nasz wyjazd został przełożony, a ja pod czujnym i troskliwym okiem J. leżałam w łóżku, piłam herbatki i się kurowałam – to jestem szczęśliwa. Jak zwykle na swój sposób, ale jest mi z tym dobrze.

Dzięki tym ostatnim dniom zdałam sobie sprawę z tego, że jest na pewien sposób namiastka mojej przyszłości – i wiem jedno: największym moim marzeniem jest możliwość stworzenia rodziny z J. Nie zawsze jest kolorowo: czasami są problemy, czasami jedno ma muchy w nosie, a czasami jest wprost idealnie. I choć czasami strzelam „fochy”, to wiem, że nie ma drugiej osoby na świecie, która darzyłaby mnie taką miłością jak mój J.

A teraz? Siedzę w swoim czterech kątach rozpakowuję walizkę, palę świeczki i słucham muzyki. I pomimo tego, że nie widzimy się dopiero od niespełna pięciu godzin – to tęsknię; ale i tak jestem szczęśliwa.

(…), bo dobrze jest mieć za kim tęsknić.

Krok do przodu

Dziś ostatni dzień, kiedy mam 26 lat. Już jutro, a raptem za kilka godzin będę starsza. Czy zmieniłam się przez ostatni rok? Pewnie tak, ale czy na plus, czy na minus – to już nie mi oceniać. Słucham Gadowskiego i myślę o swoim życiu: co było, co jest, i co będzie. Ostatnio zdarzały mi się takie dni, że myślami wracałam do swojej przeszłości, schowanej gdzieś głęboko w najdalej oddalonych zakamarkach pamięci. Czy dobrze było powspominać dawne czasy? Z jednej strony pewnie i tak, gdy myślami wracało się do okresu, gdy żyło się beztrosko, bez większych problemów; a z drugiej strony biorąc pod uwagę bardziej te negatywne czynniki i wspomnienia, to w sumie dobrze było, przeżyć coś, dzięki czemu znajduje się obecnie w takiej, a nie innej sytuacji, i mam wokół siebie te osoby, które są dla mnie ważne.

Są piosenki. Są ludzie. I są wspomnienia.
A ja? Cieszę się, że jestem w związku, w którym kocham i jestem kochana.

IRA – Ona i On

I like it !

To był szczęśliwy dzień. I nie tylko jeden, a nawet kilka. Zresztą, co tu dużo mówić? Czego można chcieć więcej od życia, jeżeli można spędzić bez pośpiechu kilka chwil z ukochaną osobą? Beztrosko poleżeć, porozmawiać, pożartować, pośmiać się czy nawet zwyczajnie popłakać? Ze spokojem ugotować wspólny obiad, zjeść razem śniadanie, zrobić zakupy. Być ze sobą, tak po prostu.

A dziś? Dziś byliśmy w kinie na filmie, zaś na sali łącznie z nami było pięć osób – chyba polubię seanse w środku tygodnia, do południa: można się pośmiać, pokomentować nie patrząc na złowrogie spojrzenia sąsiadów. Był też pyszny obiad, spacer i herbata, w miejscu, gdzie byliśmy na pierwszej randce. I było dziś tak wspomnieniowo-romantycznie, że teraz, gdy myślę o tym wszystkim, to aż mi się miło robi na sercu (…)

Uroczyskowo i sennie

Jest 4:38, a ja siedzę w Uroczyskowej Recepcji i z utęsknieniem czekam na godzinę siódmą, aby móc w końcu wtulić się swojego jaśka i ze spokojem zasnąć. Po raz pierwszy od wielu lat – nawet nie jestem w stanie powiedzieć od ilu – odbębniam nockę. Już nie mówię (piszę) o tym, że najzwyczajniej w świecie się odzwyczaiłam, a poza tym to… no cóż… to już nie te lata :-) i organizm też nie jest już tak wytrzymały jak wcześniej – a może to tylko kwestia przyzwyczajenia?

Myślę o ramionach mojego Osobistego Mężczyzny, które mogłyby mnie teraz przytulać tak długo, aż lżej by mi się zrobiło na sercu…
…, bo czasami do szczęścia nie  wiele potrzeba!
Poza tym cóż… nie było mnie tu długo… Za dwa tygodnie ślub mojego młodszego starszego brata, na którym będę świadkiem… Pominąć nie mogę również tego, że bardzo się stresuję tym dniem, bo chciałabym, aby wszystko było w porządku i szło według planu… A jak będzie – to czas pokażę…
Tymczasem zmykam.
Kiedy będę ponownie?
Tego jeszcze nie wiem :-)

Dla J.

Kochanie, dziękuję Ci bardzo …

… za ten dzisiejszy dzień.
… za to, że w końcu się uśmiecham.
… za te wszystkie dzisiejsze słowa.
… za spacer po plaży (i nie tylko).
… za Twoje wspaniałe poczucie humoru.
… za nie udaną próbę dotarcia do parku.
…za to, że mnie kochasz (…) i za to, że jesteś.

I nawet jeżeli spędzilibyśmy dzisiejszy dzień na peronie,
to i tak wiem, że to byłby kolejny wspaniały, udany dzień.
Wiesz dlaczego ? Na pewno wiesz :-)

…, bo byłabym z Tobą.

Kocham Cię.
Tak bardzo, bardzo mocno.

Emocjonalnie. Zbyt emocjonalnie.

Liczę: po cichu, lub w myślach. 

Tak, aby przypadkiem nikt nie usłyszał.

Jeden, dwa, trzy …, bo przecież ile można wytrzymać ?!
Siedzenie w domu mi nie służy. W wolnych chwilach – a jest ich co nie miara – próbuję odnaleźć się w tym wszystkim – i mi to w ogóle, nic, a nic, nie wychodzi. Szukam pracy? Szukam! I co? I jedno wielkie nic…

Cztery, pięć, sześć…, jestem podenerwowana.
Tak trochę. Albo trochę więcej.
Mam „peemesa”? Oooo, tak!

Siedem, osiem, dziewięć…, bo ostatnie dni były ciężkie.
Bardzo ciężkie. Bardzo, bardzo ciężkie. Psychicznie ciężkie.
Jestem taką… chodzącą bombą ? Tak. Bombą emocjonalną!
I choć tak bardzo, bym chciała – to nie mogę tego z siebie wyrzucić.
Zwyczajnie popłakać …, bo płacz czasami pomaga.

Jedenaście, dwanaście, trzynaście… chyba pójdę pobiegać.
I na pewno poczuję się lepiej. O wiele lepiej.

Szczęśliwa !

Odespałam w końcu wczorajszy dzień, i te pozarywane noce, z którymi ostatnio miałam do czynienia; nie tylko ze względu na egzamin, który zdawałam w dniu wczorajszym, ale również z powodu bezsenności, która powróciła na nowo – jedno jest pewne: za dużo tego wszystkiego. A najgorsze są chyba problemy ze znalezieniem pracy – niestety.

Pomimo tych wszystkich problemów i trosk, które na pewien sposób są na stałe wpisane w ludzką codzienność: jestem szczęśliwa. Tak jak wspominałam wyżej, zdałam wczoraj ostatni egzamin, mało tego: zaległy z ubiegłego roku z wiadomych przyczyn – i zdałam go na 5, więc jestem z siebie bardzo dumna, jakby nie było.

Poza tym, co tu dużo mówić… wczoraj minęły trzy miesiące odkąd w moim życiu pojawił się Ktoś bardzo wyjątkowy – Mój J., dzięki któremu, wszystko wydaje się łatwiejsze. Wiem, że jestem silna i pewnie dałabym sobie radę z wieloma sprawami, ale gdy mam taką świadomość, że On jest obok mnie, i niezależnie co, by się działo, będzie mnie wspierał – to jest mi łatwiej. Psychicznie łatwiej. Zresztą co, tu dużo mówić: po pierwszy otwieram się przed drugim człowiekiem z takim zaufaniem.

Wczorajszy dzień był udany.
Bardzo udany.

Był spacer na molo, gorąca czekolada i piękne czerwono-żółte tulipany.

A dziś ? Słucham Ani Dąbrowskiej, sprzątam, prasuję i gotuję obiad.