Zaplątanie z poplątaniem

Od czego by tu zacząć…
Dzisiejszy dzień był zwariowany: kościół, gotowanie, małe sprzątanie, pranie, zakupy, w między czasie jeszcze kawa z koleżanką, wizyta u dentysty, niespodziewany wypad do kina, małe zakupy i … wizyta na Policji.

W zasadzie to trochę się tego wszystkiego uzbierało, i zwyczajnie jestem zmęczona. Zaraz dopiję herbatę, poczytam jeszcze chwilę książkę – i idę spać. W między czasie oczywiście jeszcze porozmawiam z J. i w myślach zaplanuję jutrzejszy dzień. Muszę przysiąść do tych prac zaliczeniowych, bo dziś pochłonęło mnie lepienie pierogów na obiad i tysiąc dwieście innych spraw.

Dobranoc i spokojnego czwartku!

P.s. Czytacie w chwili obecnej jakąś książkę?

W skrócie… i kulinarnie: makaron ze szpinakiem

Wróciłam już do domu: te dni spędzone u J. przepełnione były błogim lenistwem… to znaczy jeden dzień: bo wcześniej była nauka do egzaminu, potem egzamin (zdany na cztery), i w końcu szkolenie. Niedzielna podróż środkami komunikacyjnymi urozmaicona została dzięki polskim pseudokibicom (mam nadzieję, że na nich więcej nie trafię), ale ogólnie weekend zaliczam do zupełnie udanych. A wczoraj? Co tu dużo pisać: po prostu zrobiliśmy sobie z J. maraton serialowy.

Jestem zadowolona, bo udało mi się już posprzątać i wymyć podłogi w całym domu; jeszcze trochę i pranie będzie wyprane, tylko pozostało mi ogarnięcie swoich, czterech kątów po prawie tygodniowym uczeniu się. Później przyjdzie córka mojego kuzyna i w końcu wezmę się za napisanie pracy zaliczeniowej.

Ale to nie wszystko: w piątek, w kuchni mojego J. udało mi się ugotować bardzo dobry makaron ze szpinakiem i fetą. I choć dopiero drugi raz robiłam to danie (niezwykle proste i szybkie) – to wyszło ono bardzo smaczne.

Makaron ze szpinakiem
2 szklanki makaronu
1/2 op. mrożonego szpinaku
1/2 serka feta
1 op. jogurtu greckiego
3 ząbki czosnku
sól, pieprz do smaku

Przygotowanie: Na patelnię wlewamy łyżkę oliwy i dodajemy wyciśnięty przez praskę czosnek (należy to robić na małym ogniu, gdyż czosnek lubi się przypalać). Następnie dodajemy kulki szpinaku (ok. 1/2 opakowania) i często mieszamy. Gdy szpinak zacznie się rozmrażać dodajemy 2 łyżki wody. Gdy szpinak się rozmrozi, doprawiamy i dusimy przez około 5 minut; w międzyczasie gotujemy makaron al dente. Następnie dodajemy fetę pokrojoną w kostkę oraz jogurt grecki – wszystko razem mieszamy i dusimy przez kolejne 5 minut. Ugotowany makaron wsypujemy na patelnię i wszystko razem mieszamy.

Sesyjnie

I już po… Było dużo strachu przed tym wszystkim, ale jakoś przez to przebrnęłam; teraz tylko pozostało mi tylko czekanie na wyniki. Wydaje mi się, że uzbieram odpowiednią ilość punktów potrzebnych do zaliczenia.

Jutro kurs dodatkowy z diagnozy dzieciaczków; ale jadę razem z J., i choć będzie trochę mało czasu, to gdzieś się wybierzemy. Bynajmniej będę miała towarzysza podróży, i będzie mi raźniej, i co najważniejsze nie prześpię swojej stacji (o mały włos nie zrobiłam tego dzisiaj).

Weekend pomimo totalnego zabiegania i „zawirowania” jak najbardziej kulinarny: pojawiły się nowe dania i pewne eksperymenty starych przepisów. Lubię tak na spokojnie i bez pośpiechu pogotować.

Udanej niedzieli!

Uff!

Uff… Jestem. Dziwne to było, kilka dni bez Internetu – co gorsza, przed sesją, więc wymiana materiałami do egzaminu była ograniczona. Ale nic – powoli ogarniam pocztę, materiały, i facebook’a.

To będzie ciężki tydzień… Niby tylko jeden egzamin, we wcześniejszych latach miewałam więcej; ale prace zaliczeniowe się piętrzą, i nie chcą się same napisać – a szkoda. Generalnie nie jest źle: zostały mi do przeprowadzenia dwa wywiady z rodzicami, do tego jeszcze opinia, i takie tam. Wiem jedno: oby przetrwać do końca miesiąca! A nawet nie, wystarczy do 22 lutego, wtedy wyjeżdżamy z Osobistym do Gniezna na kilka dni. Tak sobie właśnie myślę, że 20 miną dokładnie 3 lata od naszej pierwszej randki. Heh… to są wspomnienia :)

Byle jak…

Zamknąć się gdzieś na cztery spusty, i być zwyczajnie niedostępnym dla nikogo. Choć na chwilę, na jeden dzień. Wszystko jest jakieś takie… po prostu beznadziejne. Szkoda, że nie ma takiej czapeczki nie-widki, że gdy ją założę to zniknę na chwilę; lub dwie.

Pomarzyć można…

Po prostu cudo!

Mam dosłownie pięć minut, więc piszę. Czy kiedykolwiek wspominałam o tym, że interesuję się fotografią i robieniem zdjęć. Pewnie nie, bo nie było ku temu okazji. Dziś – pochłonięta jak co dzień „domową rutyną” wyjrzałam przez okno, a tam? Sami spójrzcie.

Po prostu cudo! Nie czekałam zbyt wiele, i poleciałam po aparat i uwieczniłam ten piękny widok. Kiedyś był taki czas, że nie rozstawałam się na dłużej z aparatem – dziś wyraźnie mi tego brakuje.

I tym miłym akcentem życzę miłego weekendu!
Mój tradycyjnie uczelniany. :)

P.s. Dla takich widoków warto żyć. :)

Na walizkach

Kolejny weekend minął mi na walizkach: najpierw dotarcie do uczelnianego miasta, potem do J., i w końcu powrót do domu – chociaż i tak dzisiaj było nawet fajnie, bowiem wracałam TLK i praktycznie po ponad trzech godzinach byłam w domu.

Czasami mam już serdecznie dosyć tego ciągłego pakowania, prania, przepakowywania – i jeżdżenia „wte i wewte”. No ale nic, jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć i B, i C, i tak do końca alfabetu.

Ostatnio dużo rozmyślam o swoim życiu: o tym, co mnie spotkało i ma zamiar jeszcze spotkać. Cieszę się z tego, że mam obok siebie J., który wspiera mnie na każdym kroku – dobrze jest mieć takich ludzi wokół siebie.

Przede mną kolejny ciężki tydzień i wiele spraw do załatwienia, ale jakoś trzeba dać radę z tym wszystkim. Co prawda sporo tego wszystkiego, ale trzeba być dobrej myśli.

Miłego tygodnia !

Zagubiony kolczyk

Czasami z pozoru błahe sytuacje powodują, że przypominamy sobie pewne zdarzenia z przeszłości. I tak było dzisiaj w moim przypadku. Dosłownie przed chwilą, pakując torbę na weekend postanowiłam znaleźć jakieś kolczyki na jutrzejszy dzień – bo część jest u mojego J. i „wala” się pomiędzy kuchnią, łazienką, a pokojem. I znalazłam. Ten jeden, długi, srebrny kolczyk, który mi pozostał. Bo drugi, zaginął gdzieś w akcji na jednym z trójmiejskich peronów. Gdy siedziałam już tamtego dnia w pociągu, jeden życzliwy Pan zwrócił mi uwagę, że w uchu znajduje się tylko jeden.

Wokół tych kolczyków kręciłam się chyba ze cztery razy zanim je kupiłam: bo długie, nie praktyczne, bo gdzie będę je nosić. A były… piękne. Gdy miałam rozpuszczone włosy, cudnie mieniły się w słońcu.

Z kolczykami jest jeszcze jedna historia. W dniu od kiedy jestem razem z J. dostałam od niego spóźniony prezent urodzinowy – biżuterię, wśród niej były piękne fioletowe kolczyki. I kiedyś biegnąc po schodach (oczywiście na peron!) spadł mi jeden – i pękł. W chwili obecnej znajduje się on u J. w kuchni, na parapecie, w czarnym pudełeczku; zaś drugi kolczyk jest schowany u mnie w biurku.

I choć nigdy nie założę już ani tych srebrnych, ani fioletowych kolczyków – to trzymam „pozostałości” po nich na pamiątkę. Tak sobie właśnie myślę, że dwa lata temu miałam takie motyle w brzuchu, że mogłam góry przenosić. A dziś? Kocham i jestem kochana.

Ale dość tego pisania. Jutro mam kolokwium i trzeba się ogarnąć do końca – jakkolwiek to brzmi. W końcu nikt tego za mnie nie napiszę – a szkoda…

Udanego weekendu!

Home

Jestem już w domu. Cała  podróż trwała równe cztery godziny, z czego oczywiście część czasu „przekimałam” w pociągu, żeby odespać wczesną pobudkę. Uczelniane weekendy wykańczają mnie, nie tylko pod względem całodziennych zajęć, trwających od rana do wieczoru, ale także pod względem wczesnego wstawania. Jeszcze trochę(…), najtrudniejszy okres przede mną: do końca stycznia mam do zdania cztery kolokwia, co prawda egzamin mam tylko jeden, ale mam kilka prac do oddania na zaliczenie.

Wczorajsza, spontaniczna rozmowa z J. spowodowała, że jestem(…) dziwnie spokojna. Dobrze było spędzić ze sobą ponownie kilka dni pod rząd, bo trudny jest ten czas, gdy nie jesteśmy razem…

Najpiękniejsze wykonanie, jakie kiedykolwiek słyszałam…

T. Karolak: Zabiorę Cię…

Bezsennie

Nie mogę spać. Leże w łóżku od ponad godziny, i choć zamykam oczy próbując za wszelką cenę zasnąć – nic mi z tego nie wychodzi. Nie lubię tego stanu, kiedy leżę w ciemnościach, a po mojej głowie krążą różne wspomnienia i myśli. To nie jest dobry moment na analizy, i rozstrzyganie pewnych spraw.

45 minut później(…)

Nie wiem w jakim celu to zrobiłam, to kilka niepotrzebnych kliknięć spowodowało, że powróciłam do tych miejsc, do których nie chciałam wracać. I to nie jest kwestia tego, że żałuję – bo tak nie jest.  Powróciły spojrzenia, które z jednej strony wywołują uśmiech na mojej twarzy, a z drugiej strony powodują, że w moich oczach pojawiają się łzy.

Gdy myślę o sobie z tamtego okresu swojego życia, nasuwa mi się tylko jeden wniosek – byłam zupełnie innym człowiek. Byłam… po prostu inna. Przez te ostatnie lata naprawdę się zmieniłam, mogę się jedynie domyślać, że duży wpływ miał na to Osobisty: wyciszyłam się, uspokoiłam i … złagodniałam?

Chcę już zasnąć i nie myśleć o tym wszystkim.

O czytaniu

Czy znacie to uczucie, kiedy z wyczekaniem czekacie na kuriera, który ma przywieść Wam wyczekaną przesyłkę? Myślę, że tak. Od tygodnia czekałam na paczkę z wydawnictwa, w której przyszły książki – dla mnie oraz Osobistego. W moim przypadku tradycyjnie padło na J.L. Wiśniewskiego Zespoły napięć oraz na dodatek w postaci J.D. Bujak Spadku, o którym słyszałam wiele dobrych opinii. Osobisty natomiast wybrał swojego Pratcheta – i każdy z nas jest zadowolony. Teraz czekamy już tylko na paczkę z drugiego wydawnictwa, również z książkami (myślę, że powinna przyjść jutro).

Swoją drogą, ubiegły rok obfitował w kupowanie książek. Wraz z Osobistym, według moich szybkich kalkulacji kupiliśmy chyba z 30 książek (!) Zresztą, co tu dużo pisać, cieszę się bardzo, że w ubiegłym roku ponownie wróciłam do czytania.  Swoją drogą, każde z Nas czyta zupełnie inną literaturę, i jeszcze nie zdarzyło się coś takiego, abyśmy obydwoje przeczytali jedną książkę.

Wiem jedno: styczeń jest dla mnie trudnym miesiącem i ciężko będzie mi się powstrzymać od tego, by nie sięgnąć na półkę po świeżą książkę Wiśniewskiego, która ma przyjść jutro. A teraz? Czas zabrać się w końcu za recenzję książki na studia…

Pracowita niedziela

Jestem ostatnio częściej niż zazwyczaj… Czekam na pewien e-mail, i już minęło tyle tygodni, że chyba straciłam już nadzieję. A wystarczyłaby tylko krótka wiadomość: „żyję i jakoś się miewam”. Ale nic – jak nie można dostać tego, czego się chce, trzeba się cieszyć z tego, co się ma.

A dziś niedziela. Od samego rana nie rozstaję się nawet na minutę z paczką chusteczek higienicznych, puchatym szlafrokiem i aseksualnymi, ciepłymi skarpetami. I choć miałam dziś leżeć w łóżku, i się kurować – to przez większą część dnia siedzę przed laptopem i pracuję. Jedno szczęście kilka rzeczy mogę już odfajkować ze swojej czarnej, styczniowej listy. To będzie ciężki miesiąc.

Jednakże cieszę się z  tego, że wszelkie spawy związane z projektem badawczym i jego replikacją – zamknęłam na ostatni spust. Ze spraw łatwiejszych została mi jeszcze recenzja książki i diagnoza całościowa dziecka. Sęk w tym, że ta diagnoza jest mi potrzebna do wtorku, a projekt badawczy tak mnie wykończył, że najchętniej to schowałabym się pod ciepłą kołderką, z kubkiem smacznej herbaty i jakimiś nie-psychologicznymi literkami.

Analitycznie (6)

To był dobry tydzień: przepełniony po brzegi miłością, czułością i troską o drugą osobę. Było tak zwyczajnie, codziennie i beztrosko. I nie przeszkadzało mi, że osobisty grał na PSII, czy też spał, a ja w między czasie zajmowałam się czymś zupełnie innym. Było tak zwyczajnie, każdy robił to, co chciał: grał, spał, przeglądał Internet. A wieczorami? Rozmawialiśmy, oglądaliśmy filmy i śpiewaliśmy (!) kolędy – jednym słowem było miło i przyjemnie.

I pomimo tego, że zmogła mnie choroba, w związku z czym Nasz wyjazd został przełożony, a ja pod czujnym i troskliwym okiem J. leżałam w łóżku, piłam herbatki i się kurowałam – to jestem szczęśliwa. Jak zwykle na swój sposób, ale jest mi z tym dobrze.

Dzięki tym ostatnim dniom zdałam sobie sprawę z tego, że jest na pewien sposób namiastka mojej przyszłości – i wiem jedno: największym moim marzeniem jest możliwość stworzenia rodziny z J. Nie zawsze jest kolorowo: czasami są problemy, czasami jedno ma muchy w nosie, a czasami jest wprost idealnie. I choć czasami strzelam „fochy”, to wiem, że nie ma drugiej osoby na świecie, która darzyłaby mnie taką miłością jak mój J.

A teraz? Siedzę w swoim czterech kątach rozpakowuję walizkę, palę świeczki i słucham muzyki. I pomimo tego, że nie widzimy się dopiero od niespełna pięciu godzin – to tęsknię; ale i tak jestem szczęśliwa.

(…), bo dobrze jest mieć za kim tęsknić.

Wigilijnie

Jak zwykle, co roku, jest to samo:
- Znajdźcie mi życzenia.
- Wyślijcie smsy z życzeniami.
- Przeczytaj jeszcze raz to, co napisałeś / aś.
- Dobra, możesz wysłać.
I tak w kółko Macieja. Rok w rok. W każde Święta i Nowy Rok – aż uszami wychodzi.

A ja? Po raz pierwszy na święta jestem chora i na antybiotyku. Najchętniej przeleżałabym ten wieczór pod ciepłym kocem w łóżku, z pyszną herbatą z miodem i cytryną, paczką chusteczek i literkami, które potrafią przynieść odpowiedni nastrój. Ostatnio chodzi za mną polski film: Listy do M. – i bardzo chciałabym je obejrzeć, w tym roku, w te święta.

A jeżeli trafiłeś tutaj przez przypadek, i czytasz moje słowa, to w tym oto miejscu chciałabym Ci życzyć zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia przepełnionych domowym ogniskiem i miłością.

Zimowo

Dosłownie przed chwilą zrobiło mi się bardzo gorąco, i ciśnienie uderzyło mi do góry. Myślałam, że straciłam wszystko: przemyślenia, refleksje, wspomnienia (…) kilka miesięcy ze swojego życia wyklikane w Sieci. Jednak wszystko jest w porządku: blog istnieje nadal.

Ostatnio pojawiło się kilka zmian w moich czterech kątach: we wnęce pojawiło się „coś”, dzięki czemu mam a’la garderobę, do tego doszły jeszcze dzisiejsze świąteczne porządki: mycie okien, zmiana firan oraz małe przemeblowanie. Niby nic wielkiego, a jednak wnętrze wygląda zupełnie inaczej. A do tego jeszcze drobne bibeloty, kilka świeczek, aniołki – i jest przytulnie.

Jestem zmęczona tą dzisiejszą bieganiną: sprzątaniem, wycieraniem, myciem i układaniem. Jedyne o czym teraz marzę to gorący prysznic, smaczna herbata i kilka literek z książki, którą obecnie czytam. Swoją drogą zawsze lubiłam czytać, jednakże ostatnio czytam częściej niż zazwyczaj, oraz sięgam po różnego rodzaju literaturę. Z zamiłowania jednak i tak zamówię jedną z nowych książek Wiśniewskiego, aby móc w spokoju delektować się słowem pisanym (…)

Krok do przodu

Dziś ostatni dzień, kiedy mam 26 lat. Już jutro, a raptem za kilka godzin będę starsza. Czy zmieniłam się przez ostatni rok? Pewnie tak, ale czy na plus, czy na minus – to już nie mi oceniać. Słucham Gadowskiego i myślę o swoim życiu: co było, co jest, i co będzie. Ostatnio zdarzały mi się takie dni, że myślami wracałam do swojej przeszłości, schowanej gdzieś głęboko w najdalej oddalonych zakamarkach pamięci. Czy dobrze było powspominać dawne czasy? Z jednej strony pewnie i tak, gdy myślami wracało się do okresu, gdy żyło się beztrosko, bez większych problemów; a z drugiej strony biorąc pod uwagę bardziej te negatywne czynniki i wspomnienia, to w sumie dobrze było, przeżyć coś, dzięki czemu znajduje się obecnie w takiej, a nie innej sytuacji, i mam wokół siebie te osoby, które są dla mnie ważne.

Są piosenki. Są ludzie. I są wspomnienia.
A ja? Cieszę się, że jestem w związku, w którym kocham i jestem kochana.

IRA – Ona i On

Analitycznie (5)

Pomimo tego, że wiele się ostatnio działo i nie były to sprawy wywołujące uśmiech na mojej twarzy – to dziś się uśmiechnęłam (świadomie). I jest mi z tym bardzo dobrze.

…, bo czy jest lepszy sposób na smutki niż dzień spędzony ze swoim mężczyzną? Na rozmowach ważnych, i mniej ważnych dotyczących wspólnej przyszłości, i nie tylko? Żadne mrożone jogurty, zakupy i pyszne czekoladki nie przyniosły mi tyle radości jak dzisiejszy dzień: przepełniony przytulaniem, rozmowami o „naszym domku” i tym co będzie.

I tak sobie myślę, że jestem szczęściarą, że spotkałam w swoim życiu, kogoś takiego jak mój J. (…), bo On jest już tylko mój. Na zawsze. Tylko jeszcze o tym nie wie. :)

Offline

Dzisiaj mam taki dzień, że najchętniej to wyjęłabym butelkę wina, zapaliła papierosa i zaczytała się w literkach Wiśniewskiego. A wszystko po to, aby móc przez chwilę nie myśleć o słowach, które ciągle są w mojej głowie. Jest mi dziś cholernie smutno, i bardzo źle. Tak źle, że gdybym tylko mogła to weszłabym w tryb offline i omijała ludzi dalekim łukiem. Nie codziennie człowiek dowiaduje się, że nie będzie mógł nosić pod sercem żadnego maleństwa – gdyby ktokolwiek wiedział, jak świadomość tego wszystkiego boli.

Bardzo lubiłam swojego lekarza: za wiedzę, za doświadczenie… a teraz? Teraz mam do niego żal, że nie przekazał mi tej wiadomości w inny sposób.

Analitycznie, i nie tylko

Wróciłam do domu po kilku dniowej nieobecności spowodowanej zajęciami na studiach i chęcią spędzenia kilku chwil z moim Osobistym Mężczyzną. Bardzo lubię ten czas, kiedy spokojnie możemy pójść na spacer, spędzić leniwie popołudnie rozmawiając o sprawach ważnych i mniej ważnych, porozwiązywać krzyżówki, a nawet zwyczajnie pomilczeć. I choć wspólnych chwil jest bardzo mało, nie tyle ile byśmy chcieli, to każdy spędzony wspólnie dzień jest dla nas tak ważny. Wtedy wszystko jest inne, i herbata smakuje inaczej, i kakao robione późnym wieczorem bardziej rozgrzewa niż zazwyczaj.

Jednakże najprzyjemniejsze mimo wszystko są rozmowy o Naszej przyszłości, i choć temat dla niektórych błahy, dla mnie jest bardzo ważny oraz istotny. Nawet jeżeli człowiek obawia się jakiś zmian w swoim życiu, i nigdy nie ma całkowitej pewności odnośnie tego, co będzie za kilka lat (nie chodzi oczywiście o brak pewności związany z tym, czy się chce spędzić z daną osobą resztę życia).

Siedzę i popijając herbatę z malinami i kardamonem słucham Hanny Banaszak; i myślę. Rozmyślam o swoim Osobistym. O Naszym związku trwającym prawie dwa lata. I choć tak naprawdę w odniesieniu to całego życia, dwa lata to zaledwie kilka ziarenek piasku, mam wrażenie jakbyśmy byli ze sobą znacznie dłużej. Lubię ten stan kiedy myślę o Nas i o Naszej przyszłości, czuję się wtedy dobrze ze swoimi myślami. Wiadomo jak to w związku pomiędzy dwojgiem ludzi – bywa różnie: są chwile dobre, i te nieco gorsze, ale po prostu trzeba je jakoś przetrwać. Kiedyś, kilka ładnych lat temu na pierwszych, a nawet chyba i na drugich studiach często rozmawialiśmy o przeznaczeniu, i choć wtedy wydawało mi się, że coś takiego nie istnieje, to dziś jestem innego zdania. Być może dla jednych może to brzmieć trywialnie, ale każdy ma prawo do swojego zdania. A gdy tak sobie myślę o tym wszystkim, co działo się wcześniej, to dochodzę do wniosku, że tak widocznie musiało być; że pewne rzeczy musiały się wydarzyć, abym mogła być szczęśliwa na swój własny, indywidualny sposób.

Jest jeszcze coś o czym ostatnimi czasy często myślę. Kilka tygodni temu Mój Mężczyzna zaprowadził mnie na pewną piękną, magiczną działkę z cudnym sadem. I gdy wtedy, wczesnym wieczorem zobaczyłam te wszystkie jabłonie i czułam zapach zbliżającej się jesieni – wpadłam po same uszy. Jeżeli jest to w jakikolwiek możliwe i można zakochać się w kawałku ziemi – to się zakochałam na zabój.

H. Banaszak „W moim magicznym domu”

Home

Po uczelnianej sobocie i ciągle zalegającym egzaminie (w końcu zdanym!) pojechałam do brata i bratowej, aby móc się zająć moim przyszłym chrześniakiem. Mały jest tak słodki, że najzwyczajniej w świecie brakuje słów, i choć spędziłam z nim przez ostatnie dwa dni bardzo dużo czasu, to chyba najprzyjemniejsze chwile miały miejsce dzisiaj. Gdy tylko go nakarmiłam, przytulał się do mojego ramienia i zasypiał. Po prostu słodziak i te malutkie rączki…

Jednakże największą zagwozdką dzisiejszego dnia jest to, co Mój Mężczyzna chce mi dać na Naszą Rocznicę… Jako słowa powiązane w jakikolwiek sposób podał mi: przyszłość z przeszłością oraz mądrość. Co to może być, nie mam zielonego pojęcia. Wiem jedno: będzie to niespodzianka. A gdy widzę jak On bardzo się stara, żebym była zadowolona z niniejszego prezentu, to aż miło mi się robi na sercu…