Przygotowania do ślubu

Idę jak burza, bowiem jeszcze tydzień nie minął od Naszych zaręczyn…

Już wiadomo, że dnia 31.05.2014 złożymy sobie z Osobistym przysięgę małżeńską, w kościele, w którym moi rodzice brali ślub. Przyjęcie weselne odbędzie się w Dworku, w którym bawiliśmy się rok temu, na weselu brata. Zarówno oprawę muzyczną, jak i fotograficzną też już mamy załatwione. Wszyscy są sprawdzeni i poleceni przez najbliższych. To będzie wyjątkowy dzień, dlatego też chcemy, aby każdy szczegół był dopracowany, a osoby, które wybieramy były sprawdzone i rzetelne w swoich kompetencjach.

Wraz z Osobistym jesteśmy pewni tego, że w dniu Naszego ślubu nie chcemy się stresować tym, że DJ, źle poprowadzi zabawę weselną, bądź fotograf zrobi beznadziejne zdjęcia. To ma być Nasz dzień, i Nasze wesele – więc chcemy cieszyć się tym okresem i bawić się razem z Naszymi gośćmi.

Lada moment wyjeżdżam do Uroczyska na dwa miesiące… Wiem, że będzie to trudny okres dla Nas jako związku, ale to już ostatni raz… Trzeba odłożyć trochę pieniędzy przede mną dużo zmian…

A teraz? Po zabukowaniu terminów – śpieszę się cieszyć narzeczeństwem…

A taki widok miałam na kilka sekund zanim się
odwróciłam i ujrzałam Mojego J.

Na wariackich papierach

Końcówka maja i początek czerwca to zwariowany okres: wiele spraw do załatwienia, wiele rzeczy do zrobienia, i kilka prac do napisania. Jednakże w między czasie był długi weekend majowy… Tfu… majowo – czerwcowy, który spędziłam z moim bratankiem. Michaś ma osiem miesięcy i jest taki słodki, i wiecznie uśmiechnięty, że każda chwila spędzona z Nim to sama przyjemność.

Przede mną, w najbliższy weekend czeka mnie wesele u siostry mojego J., trochę się stresuję, bo poznam Jego rodzinę (tę część, której nie znam), więc wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Nie wiem zarówno, co zrobię z włosami oraz jak się pomaluję. Myślałam o czym tradycyjnym… Ciemna kreska, jasny cień… I pomadka ciemniejsza, ale oczywiście na kilka dni przed weselem nagle okazuje się, że eyeliner, który miał być rzekomo wodoodporny, po około dwóch godzinach zaczyna się strasznie kruszyć. No ale nic… Będzie trzeba coś wymyślić innego. A z włosami? To co? Upiąć do góry z przodu, i tył zostawić rozpuszczony? Czy może prostować? Nie wiem…

Swoją drogą to… robiłam ostatnio rozeznanie odnośnie sal weselnych; i się załamałam. Albo ceny wysokie i praktycznie nic ciekawego… Albo ceny w sam raz, a noclegi takie, że po prostu za głowę można się złapać… Tak wiem… Jeszcze się nie zaręczyliśmy :-) Ale jeżeli, po cichu planujemy ślub na przyszły rok, to trzeba się dowiedzieć co nie co.

Ale nic… Tymczasem znikam, bo muszę się spakować…
Jutro wyjazd…

Analitycznie

Lubię ten stan, kiedy na spokojnie rozmawiamy z J. o naszej przyszłości i zwyczajnie robimy plany: rozmawiając o remontach, planach, zakupach, rzeczach mniej i bardziej ważnych… I choć wiem o tym, że bardzo chcielibyśmy mieć dzidziusia to nie wiadome jest to, czy nam się to uda. Niektórzy mówią, że chcieć to móc, ale nie zawsze życie jest takie proste…

Z burzą loków :)

Przedostatnia moja wizyta u fryzjera miała miejsce w grudniu, na chwilę przed moimi urodzinami. I tym oto sposobem, w dniu dzisiejszym będąc posiadaczką włosów za łopatkę (ostatnio taką długość miałam chyba w liceum), pełna obaw przekroczyłam drzwi do fryzjera, u którego nota bene nigdy nie byłam. Zazwyczaj jeździłam do Renaty, u której ścinam się od ponad 10 lat. I może potrzebowałam nowego spojrzenia na moje włosy, które trudno ogarnąć. Tym sposobem, po raz pierwszy w życiu jestem, aż tak zadowolona z efektów końcowych. Co najważniejsze, nagle okazuje się, że mam burzę loków na głowie. Heh… Biedny J. znowu będzie narzekał, na moje włosy: bo drażnią, łaskoczą, i nie wiadomo co tam jeszcze. Najważniejsze, że  jestem zadowolona.

Jutro jadę na weekend do J., oczywiście w między czasie jeszcze zakupy w Rossmannie, bo grzechem byłoby nie skorzystanie z oferty promocyjnej „-40%” na kolorówkę i pielęgnację twarzy. Jednakże, żeby nie zwariować, przygotowałam listę, żeby nie kupić więcej, aniżeli potrzebuję. Oczywiście muszę jeszcze jutro kupić buty na wesele, na które wybieramy się na początku czerwca. Do tego jeszcze prezent na Dzień Matki, i siatka na okno, aby to całe robactwo nie wlatywało do mnie do pokoju. Wolę nie myśleć ile jutro wydam pieniędzy.

W poniedziałek kolejna rozmowa o pracę, zobaczymy czy to też okaże się fiaskiem, czy może skończy się dobrze…

Udanego weekendu, mój rozpoczyna się już jutro!

Pracy potrzebuję, bo inaczej „ocipieję”.

Ba! Wczoraj nawet byłam na rozmowie o pracę, 130 godzin w miesiącu… stawka 5.60 za godzinę… Gdyby to była praca na miejscu – ale weź dojeżdżaj człowieku, i wydawaj dziennie prawie 40 złotych na dojazdy. A co z życiem?

Life is brutal.

Pracowita sobota

Dzisiaj słońce prażyło przez cały dzień, dopiero w godzinach wieczornych chmury pociemniały i była burza. Popadało może przez 15 minut – i koniec. Przez cały dzień podczas koszenia trawy ratowałam się prostym napojem na bazie zielonej herbaty, który idealnie orzeźwia. Swoją drogą to doszłam do wniosku, że nie chcę już mieć dużego trawnika przy swoim przyszłym domku, bo chyba mnie szlag trafi z tym koszeniem. Chociaż… gdyby nie było tych wszystkich kwiatków, krzewów i drzewek, to z koszeniem nie byłoby tak źle. Nie byłoby takiej zabawy. Już nie mówiąc o tym, gdyby znalazł się dodatkowo jakiś łaskawca do noszenia kosza z trawą i odpalania kosiarki spalinowej, to … ewentualnie :). Jedno jest pewne: dzisiejszy dzień mnie wykończył.

Chcielibyście wypróbować mojej mikstury orzeźwiającej?
Oto potrzebne składniki…

• zielona herbata,
• limonka,
• sok z aronii,
• kilka kostek lodu,
• woda mineralna.

Oczywiście najpierw należy zaparzyć herbatę. Do wysokiej szklanki nalewamy do połowy ostudzoną herbatę, a resztę dopełniamy wodą mineralną. Następnie dodajemy trochę soku z aronii (3 łyżeczki), dwa/trzy plasterki limonki i kilka kostek lodu.

A Wy czym gasicie pragnienie w tak ciepłe dni?

Pomajówkowy misz-masz

To był kulinarny tydzień. I choć czas biegł nieubłaganie szybko, znalazłam chwilę na to, aby choć trochę pogotować i upichcić coś smacznego dla mojego J. W między czasie wyskoczyliśmy nad morze, gdzie „przewiało” mnie tak, że kuruję się do tej pory, znalazł się czas na długie rozmowy, spacery oraz oglądanie Dr House’a. I tym oto sposobem była to udana majówka (pomimo choroby), bowiem w końcu spędziliśmy ze sobą odpowiednią ilość czasu, aby nacieszyć się sobą, na spokojnie porozmawiać i spędzić ze sobą więcej chwil, aniżeli podczas moich zjazdów uczelnianych.

To, co tworzyłam w przeciągu kilku ostatnich dni w „mojej przyszłej kuchni” spowodowało, że w chwili obecnej mam ochotę na eksperymentowanie w kuchni. Zrobiłam swój pierwszy krem marchwiowo-brokułowy, cykoriowe łódeczki z różnymi nadzieniami, sałatkę brokułową i najprostszą pod słońcem sałatę z smażonym kurczakiem i mozzarellą.

A teraz powrót do rzeczywistości, i choć ciężko będzie to trzeba to wszystko ogarnąć. Ten tydzień będzie intensywny, weekend znowu uczelniany, a w piątek ma się rozwiązać sprawa, która wywołuje u mnie problemy ze snem.

Udanego tygodnia!

Majówka

„Komu w drogę, temu czas.”

Za około 15 minut jadę na pociąg, i planowo kilka minut po dwudziestej będę już razem z J. Jednym słowem – jestem szczęśliwa. Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby coś nie wyskoczyło: była i wizyta u dentysty, i kłótnia z kuzynem, że nie dam rady zająć się jego dziećmi, bo wyjeżdżam, ganianie po domu w szlafroku i szukanie jakiś beznadziejnych kartek w warsztacie i drutów (?).

Miłej „majówki” tym, którzy tu zaglądają!

Dido – „Freedom”

Intensywna sobota

To był dość intensywny dzień. Z samego rana pojechała na zakupy, bo na początku czerwca wybieramy się na wesele Jego siostry, i musiałam kupić buty; a że wczoraj odkryłam, że w Deichmann’ie są duże przeceny, to chciałam skorzystać. Oczywiście buty, które na samym początku przykuły mój wzrok okazały za drogie, i nie były objęte promocją. Aż w końcu za drugim podejściem kupiłam buty, w których powinnam przetańczyć całą noc… I były w normalnej cenie za 79 złotych.

Jednakże skorzystałam z przecen i kupiłam sobie balerinki do biegania na wiosnę/lato w intensywnym kolorze czerwieni, które były przecenione z 69 na 29 złotych.

Tym oto sposobem do mojej kolekcji butów dołączyły dwie pary, także jestem z tego powodu szczęśliwa. Prócz zakupów, przez połowę dnia robiłam wiosenne porządki, w szafach, książka; i w głowie przy okazji. Pomyłam okna, odświeżyłam firanki, i choć jestem totalnie zmęczona, to jeszcze czerpię radość ze słuchania nowej płyty Dido, smaku zielonej herbaty, i literkach Wiśniewskiego, którego w ostatnich dniach czytam przed snem. We wtorek, lub w środę mam zamiar wyjechać do J., aby spędzić ze sobą kilka dni razem.

A Wam – życzę udanego weekendu majowego! :)

W telegraficznym skrócie

Dawno mnie tutaj nie było… Pochłonięta byłam (i jestem nadal) swoją codziennością, na karku wiszą mi badania do pracy magisterskiej, do tego sprawy uczelniane i zdrowotne. W ubiegłym tygodniu, wybrałam się do ginekologa – i po prostu ręce opadają, bo on „nie czuje się na siłach, aby mnie dalej leczyć”. I praktycznie za takie info zapłaciłam prawie 200 złotych. Dziś byłam u swojego endokrynologa (jedno szczęście, że istnieją jeszcze lekarze z powołania). Oczywiście cała lista badań do wykonania, i w perspektywie kolejne leczenie hormonalne, ale tym razem w jakieś klinice. Choć do tego leczenia hormonalnego, to też z dystansem podchodzę, gdyż po ostatniej takiej terapii to mam na plusie 8 kg, i pozbyć się tego nie mogę.

W między czasie poczyniłam udane zakupy: nowy tusz to rzęs marki Lumene – mam nadzieję, że się sprawdzi i będzie mi dobrze służył. Zaś w drodze powrotnej weszłam tak jedną nogą do pobliskiego SH, i znalazłam cudny sweterek,nota bene nowy i z oryginalną metką o ciekawym wzorze.

Co prawda raczej na wiosnę się nie nadaje, ale na jesień będzie jak znalazł; poza tym co tu dużo mówić/pisać, za 3 złote grzech było nie wziąć.

Udanego tygodnia!

P.s. Trzymajcie kciuki, w tym tygodniu ma się rozwiązać bardzo ważna sprawa…

Spontanicznie

Odwiedziłam dzisiaj swoją dawną przyjaciółkę z okresu liceum, która urodziła córeczkę półtora miesiąca temu. I choćbym chciała normalnie na to wszystko reagować, to jeszcze nie potrafię. …, bo tak mnie jakoś ściska w gardle, gdy patrzę na takie kruszynki, i ponownie zdaję sobie sprawę z tego, że mi nie będzie dane urodzić takiego maluszka.

I tak się „potłukłam” dzisiaj wewnętrznie, i jest mi dziś cholernie źle. Z tego wszystkiego na poprawę humoru zamówiłam dziś kolejną książkę Wiśniewskiego, który ma na zbawienny wpływ. Ale nic… jak się „potłukło”, to trzeba się posklejać na „super glue”.

Miłego wieczoru.

Święta, święta, i po świętach!

Pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych spędziłam w rodzinnym domu, przyjechał brat z rodziną – i spokojnie mogłam sobie pogadać z bratową, i nacieszyć się chrześniakiem. Swoją drogą, to tak sobie myślę, że na lepszą bratową nie mogłam trafić.

A teraz? Jestem u mojego J. Byliśmy dzisiaj w kinie na Syberiadzie Polskiej. I choć tyle szumu było wokół tego filmu, tyle poleceń – to mam jakiś niedosyt. Polecacie jakieś filmy?

Srututu :-)

Ostatnio mało mnie tutaj; ale to nie ja jestem dla tego miejsca, tylko to miejsce jest dla mnie. Od pięciu dni, regularnie w ramach kolacji wypijam dużą szklankę soku warzywno – owocowego. Każdego dnia próbuję nowych połączeń, i nowych smaków. Tym oto sposobem przekonałam się o tym, że choć połowa banana nadaje przyjemny posmak każdemu soku, który robię. Tymczasem zużywam jesienne zapasy jabłek w piwnicy i lipcowe jagody z zamrażarki.

Ale to nie wszystko: w związku z tym, że pech trzyma mnie kurczowo za nogawkę w przypadku podróżowania pociągami, to jeszcze do tego doszedł mój laptop, który ma już 5.5 lat. Na przełomie lipca i sierpnia dodawałam pamięć RAM, bo ledwie ciągnął – a dziś? Zaczął nawalać mi wiatraczek, który momentami chodzi tak, jak jakiś 20-letni odkurzacz (albo i gorzej). Na zmianę laptopa w chwili obecnej nie mogę sobie pozwolić, więc podzwoniłam trochę po informatykach, i jedyne co się dowiedziałam, to najlepiej rozkręcić i wyczyścić (100 zł), a jak nic nie pomoże to trzeba kupić wiatraczek (80-100 zł + 70-100 zł robocizna).

I to byłoby na tyle. Weekend znowu uczelniany.
Pozdrawiam!

I znowu pakowanie…

Po raz kolejny przepakowałam torbę: wyprasowałam tylko te rzeczy, które będą mi potrzebne na weekend; pozostałe poprasuję w poniedziałek już u J. Ponownie zostaję na cały tydzień: muszę ogarnąć praktyki, i trochę podzwonić, pozałatwiać, i trochę popisać. Nużące są dla mnie te ciągłe podróże pociągami, tu godzina, tam dwie godziny – i czas (życie) ucieka.

Miłego Dnia Kobiet !

Home

W końcu po ponad tygodniowej nieobecności wróciłam do domu. A to, co zastałam, przeszło moje wszelkie wyobrażenia o tym, co mogę zastać po moich psiakach, które dziś od samego rana były same w domu… Skutki tego wszystkiego były takie, że pół dnia prałam: koce, pościele, poduszki, a nawet dużego misia, którego dostałam kiedyś tam od J. Na początku miałam wrażenie, że dosłownie tajfun przeszedł przez całe poddasze… W przedpokoju, na samym środku leżał miś, który w tej chwili ma intensywną kąpiel w pralce wraz z podwójnym wirowaniem; w pokoju nie było nic lepiej… prześcieradło porwane, poduszka rozszarpana, a pościel i koce, całe w sierści. Najdziwniejsze, jest to, że nie wiem co tym psom strzeliło do głowy, tym bardziej, że wcześniej nigdy nie miałam problemu z tym, aby coś mi zniszczyły, czy też wchodziły na łóżko. Najważniejsze, że sytuacja opanowana.

A ja? Co tu dużo mówić? Urządziłam sobie domowe SPA. Peelingi, maski, maseczki, i inne cuda poprawiające humor. Swoją drogą kilka miesięcy temu, w Biedronce dorwałam masła z Bielendy (bodajże po 8.99zł), i złapałam dwa: jedno z bawełną, a drugie z awokado. Wczoraj wykończyłam ten z bawełną, a dziś otworzyłam ten drugi – tymczasowo jestem zadowolona, tym bardziej za taką cenę, bowiem w drogeriach widziałam ten sam produkt w granicach 14 – 15 zł.

Tymczasem znikam! Dopiję jeszcze na spokojnie zieloną herbatę, poczytam chwilę książkę, i idę spać. Jutro intensywny dzień.

Pozdrawiam!

Złośliwość rzeczy martwych

Mój laptop ma 5.5 roku – to dużo, ale prócz wymiany RAM-u nic wielkiego się z nim nie działo; do wczoraj. Pięć godzin spędziłam nad usuwaniem „usterki”, która w ogóle nie chce zniknąć. Otóż albo wyświetla mi się okienko z informacją o zainstalowaniu drukarki (która jest zainstalowana), albo że bufor drukowania jest wyłączony. I to nic, że wchodzę na poziom systemu i co go włączę, to on się wyłącza. I tak w kółko Macieja!

Może ktoś z Was miał podobny problem?

Niedzielnie

To jest pierwsza wolna niedziela od dłuższego czasu, której nie muszę poświęcać na żadną naukę, kursy, czy też zajęcia. I dobrze mi z tym. W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy razem z J. na krótki wyjazd, który przekładaliśmy z grudnia na koniec lutego ze względu na moją chorobę – a dziś wieczorem wybieramy się na kabarety (rocznicowy prezent dla J.).