Majówka

„Komu w drogę, temu czas.”

Za około 15 minut jadę na pociąg, i planowo kilka minut po dwudziestej będę już razem z J. Jednym słowem – jestem szczęśliwa. Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby coś nie wyskoczyło: była i wizyta u dentysty, i kłótnia z kuzynem, że nie dam rady zająć się jego dziećmi, bo wyjeżdżam, ganianie po domu w szlafroku i szukanie jakiś beznadziejnych kartek w warsztacie i drutów (?).

Miłej „majówki” tym, którzy tu zaglądają!

Dido – „Freedom”

Intensywna sobota

To był dość intensywny dzień. Z samego rana pojechała na zakupy, bo na początku czerwca wybieramy się na wesele Jego siostry, i musiałam kupić buty; a że wczoraj odkryłam, że w Deichmann’ie są duże przeceny, to chciałam skorzystać. Oczywiście buty, które na samym początku przykuły mój wzrok okazały za drogie, i nie były objęte promocją. Aż w końcu za drugim podejściem kupiłam buty, w których powinnam przetańczyć całą noc… I były w normalnej cenie za 79 złotych.

Jednakże skorzystałam z przecen i kupiłam sobie balerinki do biegania na wiosnę/lato w intensywnym kolorze czerwieni, które były przecenione z 69 na 29 złotych.

Tym oto sposobem do mojej kolekcji butów dołączyły dwie pary, także jestem z tego powodu szczęśliwa. Prócz zakupów, przez połowę dnia robiłam wiosenne porządki, w szafach, książka; i w głowie przy okazji. Pomyłam okna, odświeżyłam firanki, i choć jestem totalnie zmęczona, to jeszcze czerpię radość ze słuchania nowej płyty Dido, smaku zielonej herbaty, i literkach Wiśniewskiego, którego w ostatnich dniach czytam przed snem. We wtorek, lub w środę mam zamiar wyjechać do J., aby spędzić ze sobą kilka dni razem.

A Wam – życzę udanego weekendu majowego! :)

W telegraficznym skrócie

Dawno mnie tutaj nie było… Pochłonięta byłam (i jestem nadal) swoją codziennością, na karku wiszą mi badania do pracy magisterskiej, do tego sprawy uczelniane i zdrowotne. W ubiegłym tygodniu, wybrałam się do ginekologa – i po prostu ręce opadają, bo on „nie czuje się na siłach, aby mnie dalej leczyć”. I praktycznie za takie info zapłaciłam prawie 200 złotych. Dziś byłam u swojego endokrynologa (jedno szczęście, że istnieją jeszcze lekarze z powołania). Oczywiście cała lista badań do wykonania, i w perspektywie kolejne leczenie hormonalne, ale tym razem w jakieś klinice. Choć do tego leczenia hormonalnego, to też z dystansem podchodzę, gdyż po ostatniej takiej terapii to mam na plusie 8 kg, i pozbyć się tego nie mogę.

W między czasie poczyniłam udane zakupy: nowy tusz to rzęs marki Lumene – mam nadzieję, że się sprawdzi i będzie mi dobrze służył. Zaś w drodze powrotnej weszłam tak jedną nogą do pobliskiego SH, i znalazłam cudny sweterek,nota bene nowy i z oryginalną metką o ciekawym wzorze.

Co prawda raczej na wiosnę się nie nadaje, ale na jesień będzie jak znalazł; poza tym co tu dużo mówić/pisać, za 3 złote grzech było nie wziąć.

Udanego tygodnia!

P.s. Trzymajcie kciuki, w tym tygodniu ma się rozwiązać bardzo ważna sprawa…

Spontanicznie

Odwiedziłam dzisiaj swoją dawną przyjaciółkę z okresu liceum, która urodziła córeczkę półtora miesiąca temu. I choćbym chciała normalnie na to wszystko reagować, to jeszcze nie potrafię. …, bo tak mnie jakoś ściska w gardle, gdy patrzę na takie kruszynki, i ponownie zdaję sobie sprawę z tego, że mi nie będzie dane urodzić takiego maluszka.

I tak się „potłukłam” dzisiaj wewnętrznie, i jest mi dziś cholernie źle. Z tego wszystkiego na poprawę humoru zamówiłam dziś kolejną książkę Wiśniewskiego, który ma na zbawienny wpływ. Ale nic… jak się „potłukło”, to trzeba się posklejać na „super glue”.

Miłego wieczoru.

O muzyce (…)

Są piosenki. Są ludzie. I są wspomnienia. Czasami lepsze, czasami gorsze. Gdy w ostatnim czasie aktualizowałam listy muzyczne w komórce, odnalazłam piosenki, o których na pewien sposób zapomniałam, bądź zwyczajnie omijałam podczas słuchania. W ten sposób wróciły pewne wspomnienia, i stare sprawy, o których niekoniecznie chcę w tym momencie myśleć. Ale nic… Prócz piosenek zmuszających do refleksji nie tylko nad własnym życiem, są i takie, które wywołują uśmiech na mojej twarzy.
Jednak w większości jest tak, że jakaś piosenka kojarzy się z konkretnym etapem w moim życiu, z konkretnymi sprawami/problemami, ludźmi i sytuacjami. I w ten oto sposób pamiętam, że przy tej piosence siedziałam z Olgą przed recepcją w Uroczysku, i paląc, popijałyśmy piwo. Pamiętam noc spędzoną pod gołym niebem przy padokach wraz z daleką kuzynką i pyszną wódeczką. Kurs prawa jazdy i pseudo-szarmanckiego Instruktora. Wszystkie etapy studiowania. Pseudo-związki, zauroczenia, i inne duperele. Pamiętam, którą piosenkę słuchałam, gdy jechaliśmy z J. na Naszego pierwszego wspólnego sylwestra. I chwilę potem, gdy już byliśmy razem. Gdy się kłóciliśmy. Godziliśmy. Spędzaliśmy wspólnie czas.
Takich piosenek jest bardzo dużo. A z każdą z nich wiąże się jakaś historia. Czasami… tak zupełnie abstrahując oczywiście – zastanawiam się nad piosenką do pierwszego tańca na Naszym ślubie. I nie wiem. Po prostu nie wiem. :)
A Wy macie jakieś piosenki, do których lubicie wracać? Czego obecnie słuchacie? Obecnie zasłuchuję się w „Falling Slowly” Once – po prostu cudna.

Miłego weekendu!

P.s. Jest z powrotem wyrównanie do prawej i lewej! :)

Święta, święta, i po świętach!

Pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych spędziłam w rodzinnym domu, przyjechał brat z rodziną – i spokojnie mogłam sobie pogadać z bratową, i nacieszyć się chrześniakiem. Swoją drogą, to tak sobie myślę, że na lepszą bratową nie mogłam trafić.

A teraz? Jestem u mojego J. Byliśmy dzisiaj w kinie na Syberiadzie Polskiej. I choć tyle szumu było wokół tego filmu, tyle poleceń – to mam jakiś niedosyt. Polecacie jakieś filmy?