Lutowy wyjazd

Już jestem, i napiszę jedno: to był udany wyjazd! W drodze do Gniezna, wjechaliśmy do Biskupina, zaś w drodze powrotnej do Torunia. Oczywiście wyjazd do Gniezna wykupiliśmy jakiś czas temu na Citeamie, i dziś wiem, że było warto. Choć gdy podjechaliśmy pod hotel, to nie zrobił on na nas piorunującego wrażenia, to jednak jego wnętrze i obsługa były na dobrym poziomie. Do tego były jeszcze atrakcje do wyboru: sauna, siłownia i basen.

Jednakże w Toruniu, okazało się, że pensjonat, w którym zarezerwowaliśmy pokój nie okazał się pensjonatem, a domkiem jednorodzinnym, którego właściciele oddają dwa pokoje gościom, zaś dostęp do kuchni okazał się czajnikiem w pokoju. Ale nic… wyjazd i tak zaliczmy do udanych, bo spędziliśmy trochę czasu ze sobą, pozwiedzaliśmy to, co chcieliśmy zobaczyć, i ogólnie było bardzo fajnie.

Za nie cały tydzień rozpoczynam na uczelni semestr letni, i znowu się zaczną zjazdy tydzień w tydzień, pisanie prac itd. Tymczasem znikam, i biorę się za dalsze pisanie pracy zaliczeniowej z modułu.

Pozdrawiam !


To już jutro!

Nareszcie ! Jutro z samego rana wyjeżdżamy na nasz długo wyczekiwany wyjazd. Walizki mamy spakowane, ubrania na jutro przyszykowane – czyli wszystko tak, jak być powinno. J. przyjechał dzisiaj wczesnym popołudniem, i jutro rano wstajemy około szóstej, pakujemy walizki do samochodu i wyruszamy w podróż – przed nami około 300 km, co w obecnych warunkach może jedynie świadczyć o bardzo długiej podróży.

A teraz czas na kąpiel i krótki relaks – a jutro kierunek Gniezno i Toruń.

Złośliwość rzeczy martwych

Mój laptop ma 5.5 roku – to dużo, ale prócz wymiany RAM-u nic wielkiego się z nim nie działo; do wczoraj. Pięć godzin spędziłam nad usuwaniem „usterki”, która w ogóle nie chce zniknąć. Otóż albo wyświetla mi się okienko z informacją o zainstalowaniu drukarki (która jest zainstalowana), albo że bufor drukowania jest wyłączony. I to nic, że wchodzę na poziom systemu i co go włączę, to on się wyłącza. I tak w kółko Macieja!

Może ktoś z Was miał podobny problem?

Paranienormalnie

Około półtora miesiąca temu, z okazji rocznicy wręczyłam J. bilety na kabaret Paranienormalnych; i w ten oto sposób niedzielny wieczór spędziliśmy w bardzo miłym towarzystwie. I muszę przyznać z ręką na sercu, że pomimo tego, iż do tej pory nie lubiłam kabaretów, to bawiłam się super. Czasami (sporadycznie) oglądałam z J. na „youtubie” jakieś skecze, ale nie robiły one na mnie wrażenia; a to co miało miejsce wczoraj – to po prostu rewelacja. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak się uśmiałam jak wczoraj. Wiem jedno: choć oglądaniu kabaretów w domu nadal podchodzę sceptycznie, to takie kabarety na żywo – uwielbiam!

Wybawiłam się świetnie, i dziś już wiem, że to był najlepszy prezent jaki mogłam dać J. na rocznicę: tym bardziej, że obydwoje bawiliśmy się świetnie. Jedno jest pewne, gdy tylko trafi się taka możliwość to na pewno to powtórzymy!

Niedzielnie

To jest pierwsza wolna niedziela od dłuższego czasu, której nie muszę poświęcać na żadną naukę, kursy, czy też zajęcia. I dobrze mi z tym. W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy razem z J. na krótki wyjazd, który przekładaliśmy z grudnia na koniec lutego ze względu na moją chorobę – a dziś wieczorem wybieramy się na kabarety (rocznicowy prezent dla J.).

Zaplątanie z poplątaniem

Od czego by tu zacząć…
Dzisiejszy dzień był zwariowany: kościół, gotowanie, małe sprzątanie, pranie, zakupy, w między czasie jeszcze kawa z koleżanką, wizyta u dentysty, niespodziewany wypad do kina, małe zakupy i … wizyta na Policji.

W zasadzie to trochę się tego wszystkiego uzbierało, i zwyczajnie jestem zmęczona. Zaraz dopiję herbatę, poczytam jeszcze chwilę książkę – i idę spać. W między czasie oczywiście jeszcze porozmawiam z J. i w myślach zaplanuję jutrzejszy dzień. Muszę przysiąść do tych prac zaliczeniowych, bo dziś pochłonęło mnie lepienie pierogów na obiad i tysiąc dwieście innych spraw.

Dobranoc i spokojnego czwartku!

P.s. Czytacie w chwili obecnej jakąś książkę?

W skrócie… i kulinarnie: makaron ze szpinakiem

Wróciłam już do domu: te dni spędzone u J. przepełnione były błogim lenistwem… to znaczy jeden dzień: bo wcześniej była nauka do egzaminu, potem egzamin (zdany na cztery), i w końcu szkolenie. Niedzielna podróż środkami komunikacyjnymi urozmaicona została dzięki polskim pseudokibicom (mam nadzieję, że na nich więcej nie trafię), ale ogólnie weekend zaliczam do zupełnie udanych. A wczoraj? Co tu dużo pisać: po prostu zrobiliśmy sobie z J. maraton serialowy.

Jestem zadowolona, bo udało mi się już posprzątać i wymyć podłogi w całym domu; jeszcze trochę i pranie będzie wyprane, tylko pozostało mi ogarnięcie swoich, czterech kątów po prawie tygodniowym uczeniu się. Później przyjdzie córka mojego kuzyna i w końcu wezmę się za napisanie pracy zaliczeniowej.

Ale to nie wszystko: w piątek, w kuchni mojego J. udało mi się ugotować bardzo dobry makaron ze szpinakiem i fetą. I choć dopiero drugi raz robiłam to danie (niezwykle proste i szybkie) – to wyszło ono bardzo smaczne.

Makaron ze szpinakiem
2 szklanki makaronu
1/2 op. mrożonego szpinaku
1/2 serka feta
1 op. jogurtu greckiego
3 ząbki czosnku
sól, pieprz do smaku

Przygotowanie: Na patelnię wlewamy łyżkę oliwy i dodajemy wyciśnięty przez praskę czosnek (należy to robić na małym ogniu, gdyż czosnek lubi się przypalać). Następnie dodajemy kulki szpinaku (ok. 1/2 opakowania) i często mieszamy. Gdy szpinak zacznie się rozmrażać dodajemy 2 łyżki wody. Gdy szpinak się rozmrozi, doprawiamy i dusimy przez około 5 minut; w międzyczasie gotujemy makaron al dente. Następnie dodajemy fetę pokrojoną w kostkę oraz jogurt grecki – wszystko razem mieszamy i dusimy przez kolejne 5 minut. Ugotowany makaron wsypujemy na patelnię i wszystko razem mieszamy.

Sesyjnie

I już po… Było dużo strachu przed tym wszystkim, ale jakoś przez to przebrnęłam; teraz tylko pozostało mi tylko czekanie na wyniki. Wydaje mi się, że uzbieram odpowiednią ilość punktów potrzebnych do zaliczenia.

Jutro kurs dodatkowy z diagnozy dzieciaczków; ale jadę razem z J., i choć będzie trochę mało czasu, to gdzieś się wybierzemy. Bynajmniej będę miała towarzysza podróży, i będzie mi raźniej, i co najważniejsze nie prześpię swojej stacji (o mały włos nie zrobiłam tego dzisiaj).

Weekend pomimo totalnego zabiegania i „zawirowania” jak najbardziej kulinarny: pojawiły się nowe dania i pewne eksperymenty starych przepisów. Lubię tak na spokojnie i bez pośpiechu pogotować.

Udanej niedzieli!

Uff!

Uff… Jestem. Dziwne to było, kilka dni bez Internetu – co gorsza, przed sesją, więc wymiana materiałami do egzaminu była ograniczona. Ale nic – powoli ogarniam pocztę, materiały, i facebook’a.

To będzie ciężki tydzień… Niby tylko jeden egzamin, we wcześniejszych latach miewałam więcej; ale prace zaliczeniowe się piętrzą, i nie chcą się same napisać – a szkoda. Generalnie nie jest źle: zostały mi do przeprowadzenia dwa wywiady z rodzicami, do tego jeszcze opinia, i takie tam. Wiem jedno: oby przetrwać do końca miesiąca! A nawet nie, wystarczy do 22 lutego, wtedy wyjeżdżamy z Osobistym do Gniezna na kilka dni. Tak sobie właśnie myślę, że 20 miną dokładnie 3 lata od naszej pierwszej randki. Heh… to są wspomnienia :)

Byle jak…

Zamknąć się gdzieś na cztery spusty, i być zwyczajnie niedostępnym dla nikogo. Choć na chwilę, na jeden dzień. Wszystko jest jakieś takie… po prostu beznadziejne. Szkoda, że nie ma takiej czapeczki nie-widki, że gdy ją założę to zniknę na chwilę; lub dwie.

Pomarzyć można…