Po prostu cudo!

Mam dosłownie pięć minut, więc piszę. Czy kiedykolwiek wspominałam o tym, że interesuję się fotografią i robieniem zdjęć. Pewnie nie, bo nie było ku temu okazji. Dziś – pochłonięta jak co dzień „domową rutyną” wyjrzałam przez okno, a tam? Sami spójrzcie.

Po prostu cudo! Nie czekałam zbyt wiele, i poleciałam po aparat i uwieczniłam ten piękny widok. Kiedyś był taki czas, że nie rozstawałam się na dłużej z aparatem – dziś wyraźnie mi tego brakuje.

I tym miłym akcentem życzę miłego weekendu!
Mój tradycyjnie uczelniany. :)

P.s. Dla takich widoków warto żyć. :)

Na walizkach

Kolejny weekend minął mi na walizkach: najpierw dotarcie do uczelnianego miasta, potem do J., i w końcu powrót do domu – chociaż i tak dzisiaj było nawet fajnie, bowiem wracałam TLK i praktycznie po ponad trzech godzinach byłam w domu.

Czasami mam już serdecznie dosyć tego ciągłego pakowania, prania, przepakowywania – i jeżdżenia „wte i wewte”. No ale nic, jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć i B, i C, i tak do końca alfabetu.

Ostatnio dużo rozmyślam o swoim życiu: o tym, co mnie spotkało i ma zamiar jeszcze spotkać. Cieszę się z tego, że mam obok siebie J., który wspiera mnie na każdym kroku – dobrze jest mieć takich ludzi wokół siebie.

Przede mną kolejny ciężki tydzień i wiele spraw do załatwienia, ale jakoś trzeba dać radę z tym wszystkim. Co prawda sporo tego wszystkiego, ale trzeba być dobrej myśli.

Miłego tygodnia !

Zagubiony kolczyk

Czasami z pozoru błahe sytuacje powodują, że przypominamy sobie pewne zdarzenia z przeszłości. I tak było dzisiaj w moim przypadku. Dosłownie przed chwilą, pakując torbę na weekend postanowiłam znaleźć jakieś kolczyki na jutrzejszy dzień – bo część jest u mojego J. i „wala” się pomiędzy kuchnią, łazienką, a pokojem. I znalazłam. Ten jeden, długi, srebrny kolczyk, który mi pozostał. Bo drugi, zaginął gdzieś w akcji na jednym z trójmiejskich peronów. Gdy siedziałam już tamtego dnia w pociągu, jeden życzliwy Pan zwrócił mi uwagę, że w uchu znajduje się tylko jeden.

Wokół tych kolczyków kręciłam się chyba ze cztery razy zanim je kupiłam: bo długie, nie praktyczne, bo gdzie będę je nosić. A były… piękne. Gdy miałam rozpuszczone włosy, cudnie mieniły się w słońcu.

Z kolczykami jest jeszcze jedna historia. W dniu od kiedy jestem razem z J. dostałam od niego spóźniony prezent urodzinowy – biżuterię, wśród niej były piękne fioletowe kolczyki. I kiedyś biegnąc po schodach (oczywiście na peron!) spadł mi jeden – i pękł. W chwili obecnej znajduje się on u J. w kuchni, na parapecie, w czarnym pudełeczku; zaś drugi kolczyk jest schowany u mnie w biurku.

I choć nigdy nie założę już ani tych srebrnych, ani fioletowych kolczyków – to trzymam „pozostałości” po nich na pamiątkę. Tak sobie właśnie myślę, że dwa lata temu miałam takie motyle w brzuchu, że mogłam góry przenosić. A dziś? Kocham i jestem kochana.

Ale dość tego pisania. Jutro mam kolokwium i trzeba się ogarnąć do końca – jakkolwiek to brzmi. W końcu nikt tego za mnie nie napiszę – a szkoda…

Udanego weekendu!

Home

Jestem już w domu. Cała  podróż trwała równe cztery godziny, z czego oczywiście część czasu „przekimałam” w pociągu, żeby odespać wczesną pobudkę. Uczelniane weekendy wykańczają mnie, nie tylko pod względem całodziennych zajęć, trwających od rana do wieczoru, ale także pod względem wczesnego wstawania. Jeszcze trochę(…), najtrudniejszy okres przede mną: do końca stycznia mam do zdania cztery kolokwia, co prawda egzamin mam tylko jeden, ale mam kilka prac do oddania na zaliczenie.

Wczorajsza, spontaniczna rozmowa z J. spowodowała, że jestem(…) dziwnie spokojna. Dobrze było spędzić ze sobą ponownie kilka dni pod rząd, bo trudny jest ten czas, gdy nie jesteśmy razem…

Najpiękniejsze wykonanie, jakie kiedykolwiek słyszałam…

T. Karolak: Zabiorę Cię…

Przeznaczenie?

Rozmawiając ostatnio z moim J. doszłam do wniosku, że gdyby żadne z nas kilka lat temu nie założyło konta na jednym z portali – nie byłoby ani naszego związku, ani naszej miłości. Niby taka błaha sprawa – kilka kliknięć, parę słów, i tyle.
Jedno jest pewne: nigdy nie zapomnę, gdy z niepewnością sprawdzałam skrzynkę odbiorczą, czy przypadkiem „już” nie odpisał. Jak podczas pier

Rozmawiając ostatnio z moim J. doszłam do wniosku, że gdyby żadne z nas kilka lat temu nie założyło konta na jednym z portali – nie byłoby ani naszego związku, ani naszej miłości. Niby taka błaha sprawa – kilka kliknięć, parę słów, i tyle.

Jedno jest pewne: nigdy nie zapomnę, gdy z niepewnością sprawdzałam skrzynkę odbiorczą, czy przypadkiem „już” nie odpisał. Jak podczas pierwszej nocy na stancji, rozmawiając z obecną bratową logowałam się przez komórkę do internetu i wysłałam do Niego e-mail, a w odpowiedzi dostałam Jego numer telefonu. I wtedy się zaczęło: dziesiątki esemesów dziennie, spontaniczny telefon, aby usłyszeć Jego głos. A potem? Spotkaliśmy się po raz pierwszy, w moim studenckim mieście, po poprawkowym egzaminie z psychologii rozwoju. Od tamtego czasu potrafiliśmy rozmawiać godzinami przez telefon. Pamiętam jak J. opowiadał mi, co widzi z akademickiej kuchni za oknem; jak chodził po akademiku i szukał spokojnego miejsca, aby porozmawiać. Po nie całych dziesięciu miesiącach spędziliśmy wspólnego Sylwestra, i od tamtej pory jesteśmy razem. I co najważniejsze: nie zapomnę nigdy tego uczucia, gdy przytulił mnie po raz pierwszy – wiem jedno, poczułam się wtedy bezpiecznie i chciałam, aby czas stanął w miejscu.

Nie wiem jak wyglądałoby moje życie gdybym kilka lat temu nie założyła tamtego konta, i gdybym nie odpisała na wiadomość mojego J. Gdy myślę o sobie z okresu „przed” to mam wrażenie, jakbym była zupełnie inną osobą, kimś innym. Wiem jedno, aby spotkać na swojej drodze J. musiałam długo szukać; i cieszę się, że w końcu znalazłam, bo dzięki temu jestem szczęśliwa.

Dwa lata temu zakochiwaliśmy się w sobie nawzajem, a dziś? Po cichu myślimy o założeniu rodziny i planujemy Naszą przyszłość. Tak sobie myślę, że to wszystko, co wydarzyło się w moim życiu, miało się wydarzyć po to, abyśmy mogli się spotkać i być razem.

Bezsennie

Nie mogę spać. Leże w łóżku od ponad godziny, i choć zamykam oczy próbując za wszelką cenę zasnąć – nic mi z tego nie wychodzi. Nie lubię tego stanu, kiedy leżę w ciemnościach, a po mojej głowie krążą różne wspomnienia i myśli. To nie jest dobry moment na analizy, i rozstrzyganie pewnych spraw.

45 minut później(…)

Nie wiem w jakim celu to zrobiłam, to kilka niepotrzebnych kliknięć spowodowało, że powróciłam do tych miejsc, do których nie chciałam wracać. I to nie jest kwestia tego, że żałuję – bo tak nie jest.  Powróciły spojrzenia, które z jednej strony wywołują uśmiech na mojej twarzy, a z drugiej strony powodują, że w moich oczach pojawiają się łzy.

Gdy myślę o sobie z tamtego okresu swojego życia, nasuwa mi się tylko jeden wniosek – byłam zupełnie innym człowiek. Byłam… po prostu inna. Przez te ostatnie lata naprawdę się zmieniłam, mogę się jedynie domyślać, że duży wpływ miał na to Osobisty: wyciszyłam się, uspokoiłam i … złagodniałam?

Chcę już zasnąć i nie myśleć o tym wszystkim.

O czytaniu

Czy znacie to uczucie, kiedy z wyczekaniem czekacie na kuriera, który ma przywieść Wam wyczekaną przesyłkę? Myślę, że tak. Od tygodnia czekałam na paczkę z wydawnictwa, w której przyszły książki – dla mnie oraz Osobistego. W moim przypadku tradycyjnie padło na J.L. Wiśniewskiego Zespoły napięć oraz na dodatek w postaci J.D. Bujak Spadku, o którym słyszałam wiele dobrych opinii. Osobisty natomiast wybrał swojego Pratcheta – i każdy z nas jest zadowolony. Teraz czekamy już tylko na paczkę z drugiego wydawnictwa, również z książkami (myślę, że powinna przyjść jutro).

Swoją drogą, ubiegły rok obfitował w kupowanie książek. Wraz z Osobistym, według moich szybkich kalkulacji kupiliśmy chyba z 30 książek (!) Zresztą, co tu dużo pisać, cieszę się bardzo, że w ubiegłym roku ponownie wróciłam do czytania.  Swoją drogą, każde z Nas czyta zupełnie inną literaturę, i jeszcze nie zdarzyło się coś takiego, abyśmy obydwoje przeczytali jedną książkę.

Wiem jedno: styczeń jest dla mnie trudnym miesiącem i ciężko będzie mi się powstrzymać od tego, by nie sięgnąć na półkę po świeżą książkę Wiśniewskiego, która ma przyjść jutro. A teraz? Czas zabrać się w końcu za recenzję książki na studia…

Pracowita niedziela

Jestem ostatnio częściej niż zazwyczaj… Czekam na pewien e-mail, i już minęło tyle tygodni, że chyba straciłam już nadzieję. A wystarczyłaby tylko krótka wiadomość: „żyję i jakoś się miewam”. Ale nic – jak nie można dostać tego, czego się chce, trzeba się cieszyć z tego, co się ma.

A dziś niedziela. Od samego rana nie rozstaję się nawet na minutę z paczką chusteczek higienicznych, puchatym szlafrokiem i aseksualnymi, ciepłymi skarpetami. I choć miałam dziś leżeć w łóżku, i się kurować – to przez większą część dnia siedzę przed laptopem i pracuję. Jedno szczęście kilka rzeczy mogę już odfajkować ze swojej czarnej, styczniowej listy. To będzie ciężki miesiąc.

Jednakże cieszę się z  tego, że wszelkie spawy związane z projektem badawczym i jego replikacją – zamknęłam na ostatni spust. Ze spraw łatwiejszych została mi jeszcze recenzja książki i diagnoza całościowa dziecka. Sęk w tym, że ta diagnoza jest mi potrzebna do wtorku, a projekt badawczy tak mnie wykończył, że najchętniej to schowałabym się pod ciepłą kołderką, z kubkiem smacznej herbaty i jakimiś nie-psychologicznymi literkami.

Zrobimy pierniki ?

Jest jeden mały człowiek na tym świecie (w sumie to już nie taki mały), który regularnie co roku w okolicy świąt Bożego Narodzenia przybiega do mnie i z iskierkami w oczach pyta się kiedy będziemy robić pierniki. I choć rodzice tego dziecka, rzetelnie rok w rok bronią się nogami i rękoma przed robieniem pierników: „bo za dużo pracy”, „bo będzie bałagan”, „bo trzeba posprzątać” – to ze względu właśnie na tego małego człowieka co rok zagniatam ciasto, by potem przy dźwiękach kolęd wycinać pierniki.

I to jest taki nasz czas. Mój i tego małego człowieka. Serce mi rośnie, gdy każdemu mówi, że co roku razem ze mną robi te pierniki. A gdy ostatnio usłyszałam, że te pierniki to już nasza taka tradycja świąteczna, to zaczęłam zastanawiać się nad tym, co będzie, gdy się wyprowadzę, i założę własną rodzinę? Wiem o tym, że choćby miał być koniec świata, mama tej dziewczynki i tak nie zrobi pierników…

- Ciociu, a jak Ty już będziesz stara i nie będziesz w stanie zrobić pierników, to ja je zrobię i przywiozę Tobie i wujkowi J.

I dla takich chwil warto żyć.

Analitycznie (6)

To był dobry tydzień: przepełniony po brzegi miłością, czułością i troską o drugą osobę. Było tak zwyczajnie, codziennie i beztrosko. I nie przeszkadzało mi, że osobisty grał na PSII, czy też spał, a ja w między czasie zajmowałam się czymś zupełnie innym. Było tak zwyczajnie, każdy robił to, co chciał: grał, spał, przeglądał Internet. A wieczorami? Rozmawialiśmy, oglądaliśmy filmy i śpiewaliśmy (!) kolędy – jednym słowem było miło i przyjemnie.

I pomimo tego, że zmogła mnie choroba, w związku z czym Nasz wyjazd został przełożony, a ja pod czujnym i troskliwym okiem J. leżałam w łóżku, piłam herbatki i się kurowałam – to jestem szczęśliwa. Jak zwykle na swój sposób, ale jest mi z tym dobrze.

Dzięki tym ostatnim dniom zdałam sobie sprawę z tego, że jest na pewien sposób namiastka mojej przyszłości – i wiem jedno: największym moim marzeniem jest możliwość stworzenia rodziny z J. Nie zawsze jest kolorowo: czasami są problemy, czasami jedno ma muchy w nosie, a czasami jest wprost idealnie. I choć czasami strzelam „fochy”, to wiem, że nie ma drugiej osoby na świecie, która darzyłaby mnie taką miłością jak mój J.

A teraz? Siedzę w swoim czterech kątach rozpakowuję walizkę, palę świeczki i słucham muzyki. I pomimo tego, że nie widzimy się dopiero od niespełna pięciu godzin – to tęsknię; ale i tak jestem szczęśliwa.

(…), bo dobrze jest mieć za kim tęsknić.