Wieczory w Uroczysku (4)

Dzisiejszego wieczoru nawet nie próbowała wybrać się w kierunku
swojego ulubionego miejsca, przy ognisku, tuż przed padokami.
Zdawała sobie po prostu sprawę z tego, że tam nie dojdzie.

Gdy po długim dniu bieganiny złapała swoją przepastną kosmetyczkę
i ręcznik kąpielowy, to już na progu recepcji podszedł do niej
pewien mężczyzna średniego wzrostu i zapytał:

- Rozmawiać angielski ?
- Yes, of course.

Wymamrotała tylko w pośpiechu i wróciła do recepcji,
odkładając swoje rzeczy w pośpiechu na łóżko nieletniej lokatorki.
I po raz pierwszy w tym sezonie skleciła na szybko pytanie,
które posiadało sens i było poprawne gramatycznie.

A potem… cóż… w drzwiach pojawił się ktoś na kogo
czekała bardzo długo: ktoś pełnoletni z kim można wypić piwo.
Była pewna tylko jednego, że szykuje się babski wieczór.

Przypomniała sobie potem jak rok temu jechała na wielką
wyprawę z jej rowerem w bagażniku i nią na przednim
siedzeniu w samodzielną wyprawę w okolice Uroczyska.
Wszystko było wielką tajemnicą, przed innymi udawały,
że się nie znają. Dlaczego? …, tak było lepiej.

A potem, gdy tylko w Uroczysku zrobiło się ciemniej,
a mgła osnuła padoki i pobliskie domki,
przywitały się tak jak powinny.
Napiły się piwa  z sokiem malinowym,
i pogadały w końcu na spokojnie.

Wieczory w Uroczysku (3)

Kolejny wieczór udało jej się spędzić tuż przy padokach,
po których spacerowały jeszcze konie. A pomiędzy nimi
płynęła delikatna mgła wróżąca dobrą pogodę.

Siedziała na ławce i spoglądając na drogę, którą przyjeżdżali
i wyjeżdżali goście zastanawiała się nad tym kiedy w końcu
będzie mogła tak ze spokojem wtulić się w Jego ramiona.

Tęskniła za Nim tak, jak za nikim wcześniej.
To był ten rodzaj tęsknoty, którego jeszcze nie zaznała.
Nie dość, że budził się w niej smutek: z dnia na dzień coraz
większy, to na dodatek pojawiała się złość: na cały świat.

O co? Oto, że nie mogła być po prostu z Nim.
Przytulić się i ze spokojem spędzić wspólnie czas.

Wieczory w Uroczysku (2)

Szła jak wczoraj w kierunku swojej miejscówki przy palenisku,
z kubkiem zielonej herbaty, ale niestety tam nie doszła.

- Proszę Pani… Proszę Pani, a ile kosztuje domek dwuosobowy?

Rozległo się tuż za nią. Odwracając się na pięcie, wywróciła
umiejętnie oczami i w myślach liczyła do dziesięciu.
Gdy tylko udzieliła wszelkich informacji, ponownie wzięła
zielony kubek w dłonie i udała się w kierunku padoków.
Tym razem w połowie drogi usłyszała:

- Pani Recepcjonistko, chciałbym się rozliczyć. Można?

Więc ponownie zmieniła swój kierunek i pokierowała się
z powrotem do recepcji tym razem podliczając rzędy cyferek.
Za trzecim razem gdy opuściła tylko progi recepcji,
podeszła do niej kolejna osoba:

- Czy można wstawić pranie?

Odstawiła kubek z zimną już herbatą na biurko,
nabrała dwie trzecie miarki proszku do prania i po cichu
w myślach liczyła do trzydziestu, aby się tylko nie denerwować.

Według lekarza miała być spokojniejsza i mniej nerwowa
aby nerwobóle choć trochę się zmniejszyły. I odstresowała się.
W towarzystwie ciotki przy dobrej kawie z pysznymi lodami waniliowymi,
bitą śmietaną i domowym sosem jagodowym
i domowym sosem jagodowym.

Pójdzie jej w biodra?
Pewnie i pójdzie.

Nie chciała myśleć o sprawach ważnych,
pragnąc w ten sposób uniknąć nerwów i stresów.

Aby odetchnąć – choć na chwilę (…)

Wieczory w Uroczysku (1)

Siedziała jak za dawnych lat przy palenisku i spoglądała na padoki,
z których dużymi krokami nadciągała wieczorna mgła, wróżąca piękną pogodę.
Siedząc rozmyślała o tym co było, i co jest. Przypomniała sobie
również ten czas, gdy mówiąc o Uroczysku wspominała 
o tym, że to właśnie tam diabeł mówi „dobranoc”.

Jeszcze wtedy było to dla niej miejsce wyjątkowe, pełne magicznej mocy
i samych przyjemności. A dziś ? No właśnie – co jest dziś ?

Dziś siedziała ponownie przy padokach i rozmyślała,
powracając tym samym do analiz, z którymi
walczyła przez tyle lat.

Spoglądała na łąki, na mgłę wchodzącą coraz to większymi
krokami na teren campingu i popijała zieloną herbatę.
A gdy tylko wydawało jej się, że dochodzi do
jakichkolwiek (słusznych!) wniosków,
wszystko sypało się jak domek z kart.

Siedziała jak za dawnych lat przy palenisku i spoglądała na padoki(…)

O marzeniach. Nierealnych marzeniach.

Duszę się tutaj – i mało tego, mam dość wszystkiego.
Męczą mnie już wczesne pobudki, nocne wstawanie do gości.
I wszystko tutaj dookoła – najchętniej to poszłabym na plażę (…)

Pomarzyć można – prawda?

A gdyby mieli wsadzać do więzienia za marzenia,
to dostałabym chyba dożywocie.

O szarej codzienności.

Mam dość – wszystkiego po kolei.

Co noc, w kółko, niczym mantrę życiową powtarzam sobie, niczym zacinająca się taśma, że jestem silna. I pewnie jestem. Tylko jedyny problem polega na tym, że moja silność  bawi się ze mną w chowanego. Przytłacza mnie wszystko, co przytłaczać tylko może.

Wczoraj, wczesnym wieczorem w drzwiach mojej recepcji stanął Pan Kazik, którego zawsze darzyłam sympatią, odkąd pamiętam. We wcześniejszych latach, gdy pracowałam w Uroczysku, On też tu pracował i był tzw. złotą rączką od wszystkiego: naprawiał to, co się popsuło itd. I podobnie było wczoraj – naprawiał mi telefon, który nie chciał przełączać rozmów.

No i oczywiście Pan Kazik – jak to On – opowiedział mi kawał. (…)

*

- Kamila, a mówisz czasem do siebie?
- Tak. Czasami to mi się zdarza.
- To dobrze (…)
- A dlaczego?
- A słyszałaś ten kawał?
- Nie…
- Był sobie facet, który mówił sam do siebie.
W końcu jego znajomy zapytał się jego, dlaczego sam do siebie mówi.
A ten mu odpowiedział, że dobrze jest czasem porozmawiać z kimś inteligentnym.

Jeszcze trochę i minie miesiąc odkąd tu jestem – i co?
Nic. Zupełnie nic. Czasami rzuciłabym to,
i poszła daleko przed siebie.

Tymczasem znikam.
Do pracy.

Analitycznie. (3)

Zielone opakowanie z chusteczkami.
Zielony kubek. Zielona herbata.
I zielone oczy.

Jednego tylko mi brakuje: „zielonej nadziei”.

I nie jest to kwestia gorszego dnia, czy też po prostu przemęczenia
z powodu natłoku pracy i braku wyobraźni u ludzi.
Po 60-letniej babci pragnącej zjechać z plastikowej zjeżdżalni
- już nic mnie nie zdziwi; nawet panienka w dwunastocentymetrowych
szpilkach przechadzająca się po stajniach.

I to nawet nie jest to, że męczą mnie uprzykrzający życie ludzie,
którzy powodują, że ciśnienie mi skacze do góry.

Chyba jednak nadmiar czasu spędzonego sam na sam
ze swoimi myślami, i braku możliwości porozmawiania z kimś,
z kim można by porozmawiać o czymś innym jak różowa obudowa
do telefonu – powoduje, że za dużo myślę.

Rozmyślam o tym, o tamtym – i analizuję.
Wnioski nasuwają się różne: raz lepsze, raz gorsze.

W sumie to nawet nie piszę niczego konkretnego.
Więc zmykam – idę policzyć namioty…
może poczytam trochę książkę…
a potem cóż – do łóżka,
bo rano znowu do pracy.

Mam po prostu dość.
Serdecznie dość.

P.s. Uroczysko chyba straciło swój urok. A może nie straciło?
Tylko ja nie mam czasu, aby ponownie zachłysnąć się
tym miejscem tak, jak wcześniej?

Słów kilka o Uroczysku i tęsknocie.

Mija dopiero pierwszy tydzień odkąd jestem w Uroczysku – i pomimo tego, że na uroku osobistym to miejsce nic nie straciło, to jest inaczej jak kiedyś. Jakoś tak … brakuje mi słowa. Poza tym, co tu dużo mówić: tęsknię. Cholernie tęsknię. I nie wiem jak dam radę, przez pozostałe siedem tygodni bez spotkania z moim J. Będzie na pewno ciężko. Bardzo ciężko.

Ale co tam dużo mówić, a raczej pisać: żyję i jakoś się miewam.

Prócz nieletniej współlokatorki, z którą za bardzo wspólnych tematów nie mam towarzyszy mi … Stefan, który ciągle siedzi w szafie i nie chce wyjść. ;-)

W sumie to nie wiem skąd się wziął ten cały Stefan.

A tekst dzisiejszego dnia, przytrafił się oczywiście podczas rozmowy z moim J.

(J)- Coś jeszcze Ci wysłać?

(Ja)- Wyślij mi siebie. W kawałkach. :)