O smutku.

Czasami miewam tzw. gorsze dni (jak każdy zresztą) – i dziś jest właśnie taki dzień; kiedy to, wszystko się wydaje nie takie jak być powinno, że chciałabym się zaszyć nie wiadomo gdzie i odpocząć zwyczajnie, od codzienności i tego wszystkiego, co jest wokół; gdybym mogła spakowałabym wszelkie najpotrzebniejsze rzeczy – i poszła przed siebie. 

I dziś jest właśnie taki dzień.
Przepełniony smutkiem z każdej strony.

Kątem oka spoglądam na Vermouth’a stojącego na biurku od ostatniej wizyty J., i tak sobie myślę, że dziś wypiję za ten smutek, który mnie dopadł. Nie lubię tego swojego smutku, bo wtedy wszystko jest smutne dookoła. Nawet śnieg z deszczem padający za oknem.

W takich gorszych chwilach rozmyślam o swoim życiu, o Toksycznym, o tym co było… co się wydarzyło, i chowając twarz w poduszkę, po cichu płaczę.

Sobotnio; i nie tylko.

10 marca 2011, przeklęte choróbsko

Już chyba od trzech dni próbowałam skończyć pisać jeden post;
i skończyć nie mogłam – więc go usunęłam.
Dlaczego ? …, bo tak najwygodniej.

I zostaje wtedy coś w rodzaju pustej kartki,
na której człowiek może zapisać swoje myśli.

Wyleguję się w łóżku, w towarzystwie nieskończonej ilości chusteczek, kropli do nosa i termosie pełnym herbaty z malinami i cytryną. Kicham, prycham i kaszlę na przemian – bo przecież niemożliwością jest, abym była zbyt długo zdrowa.

Obok łóżka – wiernie leżą notatki z wykładów, kserówki książek i wynotowane zagadnienia na egzaminy, których jeszcze nie zdałam i ciągną się za mną już prawie miesiąc. Zostały mi jeszcze trzy, z czego jeden taki, że normalnie to chyba wióry będą leciały podczas nauki (poprawkowy z ubiegłego roku). Jak na razie do tej pory jestem jak najbardziej zadowolona z wyników.

12 marca 2011, czyli kolejny dzień chorowania
Jakoś tak mi dzisiaj smutno: dopadło mnie paskudne choróbsko, które pokrzyżowało moje weekendowe plany – i w ten oto sposób nawroty gorączki przespałam, a pozostały czas spędziłam czytając w dalszym ciągu „Bikini” JLW, bądź oglądając kolejne odcinki dr House’a.

Poza tym zawarłam „związek małżeński” z … chusteczkami higienicznymi i obiecałam im wierność, aż do „śmierci” mojego „przeklętego” kataru. Gardło nadal mnie boli, choć już nie tak mocno jak na samym początku; bo jak chorować, to na kilka „frontów”: zatkane zatoki, grypa, i angina – na wszelki wypadek, żeby migdałki nie czuły się osamotnione. Jakby nie było – pierwsza choroba, która rozłożyła mnie na łopatki w przeciągu ostatnich trzech miesięcy ( !)

Ale dość marudzenia… stałam dzisiaj na takim pograniczu rozszarpywania (tak, to dobre słowo!) starych spraw; lecz doszłam do wniosku, że zaprzepaściłabym to wszystko, co osiągnęłam do tej pory. Myślę, że kiedyś nadejdzie w moim życiu taki dzień, że będę gotowa, aby w spokoju „rozprawić” się z tym, co było kiedyś, i nie koniecznie było dobre.